Zamach stanu w Wadowicach

Filipiak i Flasz startowały razem już w pierwszych wyborach samorządowych. Sfotografowany plakat wisiał w niedozwolonym miejscu, w pobliżu wejścia do lokalu wyborczego.

Przedstawiają się jako „ludzie Solidarności”, wszędzie tropiąc „komunę”, uważają się za „strażników moralności katolickiej” w Wadowicach, „piastunów pamięci o Janie Pawle II” itd. Jednak kulisy dojścia do władzy Ewy Filipiak i jej ekipy, określanej często przez starszych mieszkańców miasta jako „banda z Łabęd”, są dość zagadkowe. Burmistrz, urzędnicy, wpływowi radni wywodzą się bowiem z zakładu zbrojeniowego…  którego załoga od ogłoszenia „stanu wojennego” unikała działań opozycyjnych, znajdując się pod czujną „opieką” SB. Choć dziś krzyczą o „Solidarności”, na początku lat 90-tych byli oni outsiderami, którym lokalni działacze Związku nie ufali, traktując jako uzurpatorów. Poniżej, w nadesłanym do nas tekście, przeczytać możemy o tym, w jaki sposób Ewa Filipiak i jej ludzie, wspinając się po plecach miejscowej opozycji niepodległościowej, wykorzystując naiwność jej działaczy i zręcznie lawirując, sięgnęli po władzę w Wadowicach, przy której utrzymują się do dzisiaj.

Obecny kształt wadowickiej demokracji samorządowej jest wynikiem swoistego „zamachu stanu” dokonanego przez byłych pracowników Zakładów Mechanicznych „Bumar-Łabędy”. Zakład powstał na bazie przedwojennej „Druciarni”, jak fabrykę nazywali dawni mieszkańcy Wadowic, jego głównym produktem były gwoździe. Później produkował na potrzeby wojska. Jako zakład zbrojeniowy największy rozkwit przeżywał w latach osiemdziesiątych, kiedy lobby zbrojeniowe „zbawiało” Polskę wprowadzając „stan wojenny”. Dzisiaj „Bumar” jest w likwidacji, a pracownicy zakładu powiększyli grono wadowickich bezrobotnych. Miejscowa władza zapomniała o swojej „kolebce”…

Opanowanie na początku lat dziewięćdziesiątych wadowickiego samorządu przez grupę z „Bumar-u” (określaną także czasem mianem  „Bandy z Łabęd”) przypomina przejęcie władzy po przez moskiewskich komunistów zaraz po II Wojnie Światowej (na szczęcie bez krwawych wątków). Cynizm, żądza stanowisk, brak kultury politycznej i nikłe pojęcie o regułach demokracji były tutaj bardzo podobne. U podstaw przejęcia legły wprawdzie deklaracje członków bandy z Łabęd o likwidacji ustroju totalitarnego w imię wolności, lecz PRL zastąpiono lokalną dyktaturą, której celem było i jest bogacenie się na publicznym groszu. Oto historia, jak do tego doszło.

1. Stan wojenny

Aby zrozumieć mechanizm przejęcia władzy w Wadowicach, musimy cofnąć się do początku lat 80-tych. Po wprowadzeniu „stanu wojennego” nastąpiły internowania, a w ich efekcie struktury związkowe Solidarności, które tworzyły trzon wadowickiej opozycji demokratycznej, zostały sparaliżowane. Nieliczni działacze uczestniczyli w pomocy rodzinom internowanych, tworzyli podziemne struktury i nawiązywali kontakty z ośrodkami oporu w Nowej Hucie, Krakowie i Bielsku-Białej. Większość opozycjonistów bojkotowała władze stanu wojennego, chociaż byli i tacy, którzy wbrew zaleceniom podziemnych władz ochoczo przeszli do utworzonych i kontrolowanych przez gen. Jaruzelskiego przedstawicielstw pracowniczych. Tak uczynił np. Kazimierz Lichwiarski, od lat zasiadający w Radzie Miejskiej, przedstawiciel stronnictwa popierającego burmistrz. Lichwiarski był pracownikiem i przewodniczącym Solidarności Instytutu Odlewnictwa mieszczącego się w barakach przy ul. Mickiewicza, a po rozbudowie nieco dalej, w dzisiejszym budynku Urzędu Pracy i PZU.

Działalność związkowa, z braku innych możliwości, ograniczała się do kolportażu prasy, zbiórek pieniędzy dla represjonowanych działaczy Związku, uczestnictwa w kościelnych uroczystościach o charakterze patriotycznym, czy próbach tworzenia legalnych organizacji, głownie pod skrzydłami Kościoła. W ten sposób w 1983 r. powstał wadowicki „Klub Inteligencji Katolickiej”, którego animatorami byli głównie działacze związkowi.

Wadowiccy SB-ecy (Klaja, Roman, Wołek, Kiełbasa i Ryszawy), na bieżąco kontrolowali poczynania opozycji. Szczególnej kontroli poddano „Bumar-Łabędy”, zmilitaryzowane na początku stanu wojennego. Tamtejsze struktury związku do 1989 roku w ogóle więc nie uczestniczyły w działalności związkowej. Co więcej, nie uczestniczyły nawet w spotkaniach związkowego duszpasterstwa, organizowanego przez księdza Jana Wołka w klasztorze Sióstr Nazaretanek. Po jego wyjeździe do Kazachstanu (gdzie zginął w wypadku drogowym), solidarnościowe towarzystwo udało się pod opiekuńcze skrzydła ojców Karmelitów. Ale tam też nie było działaczy z „Łabęd”. U schyłku lat osiemdziesiątych na scenie politycznej Wadowic, poza dogorywającym PZPR, którego komitet powiatowy opanowali harcerze, ziała polityczna pustka.

Instrukcja głosowania w wyborach do Sejmu Kontraktowego.

 2. Nadchodzi wolność

U progu odradzającej się wolności komisje zakładowe Solidarności, (najczęściej w swych składach osobowych sprzed 13 grudnia 1981 roku) oraz „Klub Inteligencji Katolickiej” nie przejawiały aspiracji politycznych. Tym większym zaskoczeniem była nagła aktywność uśpionych przez cały „stan wojenny” działaczy związkowych z ”Łabęd”, na czele z niedawno zmarłym Jerzym Ochmanem. Wydawało się, że mają oni szczególną chrapkę na władzę.

W czasie zbliżających się wyborów do Sejmu i Senatu, z braku innych, niezależnych od komunistycznej władzy form politycznej i społecznej aktywności, w całej Polsce powstawały Komitety Obywatelskie, kreowane i wspierane przez związek Solidarność. Wiosną 1989 roku ich głównym zadaniem było wyłonienie kandydatów i nadzorowanie wyborów do tzw. „Sejmu Kontraktowego”. Nie zawsze jednak powstające Komitety Obywatelskie miały poparcie działaczy związkowych i opozycyjnych. Zdarzało się bowiem, że tworzone i opanowane były one przez cyniczne i żądne władzy grupki, z nijakimi biografiami, często powołujące się przy tym bezpodstawnie na etos Solidarności. Hipokryzja, polityczne manipulacje, karierowiczostwo nie były stronie opozycyjnej wcale obce.

Taki pech spotkał właśnie Wadowice, gdzie w Komitecie Obywatelskim dominowali ludzie z „Łabęd”. Najgorsze wzorce epoki PRL znalazły odbicie w sposobie funkcjonowania wadowickiego Komitetu. Przykładowo, do głosowań zwoływano liczne grono znajomych i członków rodzin, uzyskując w ten sposób potrzebną większość. Metoda ta funkcjonuje zresztą do dzisiaj, w ramach powołanych w wadowickim magistracie struktur lokalnych PO i PiS.

3. Do władzy!

Pierwsze skrzypce w wadowickim Komitecie Obywatelskim grali pracownicy „Łabęd”, bez żenady powołujący się na zasługi opozycyjne. Głośno deklarowali budowę lokalnej demokracji. Chociaż minęło 23 lata, są to te same, dobrze znane mieszkańcom Wadowic nazwiska: Ewa Filipiak, Marian Sołtysiewicz, Tadeusz Bagiński, Bożena Flasz, Anna Bojęś, Marek Dubel, Krzysztof Kopacz, Józef Wiktor i Lesław Makuch (oraz nieżyjący już Jerzy Ochman). W składzie Komitetu byli również: Józef Zeman, internowany działacz Solidarności nauczycielskiej (niedawno zmarły), Zbigniew Jurczak, publicysta i animator Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej, adwokat Jerzy Rozmanit, obrońca w procesach politycznych i kandydat na starostę. Jak się potem okazało, ich wpływ na poczynania ekipy z „Łabęd” był żaden. Więcej, to oni stali się ekipy tej pierwszymi ofiarami.

Grupa z „Łabęd” sprawnie przeprowadziła wybory do „Sejmu Kontraktowego”. Z okręgu nr 12, do którego należały Wadowice, do Sejmu weszli Michał Caputa i Andrzej Sikora, a do senatu Andrzej Kralczyński i Maciek Krzanowski, działacze Solidarności i KIK z Bielska-Białej. Jednak nie wszystko szło po myśli „Druciarni”. Poczynania liderów Komitetu od początku budziły zrozumiałe zaniepokojenie i nieufność wśród zakładowych działaczy związkowych. Oni bowiem, w przeciwieństwie do „działaczy” z „Łabęd”, w czasie „stanu wojennego” brali udział w działalności podziemnej, ryzykując wolność i egzystencję swoich rodzin. Wątpliwości mieli też członkowie „Klubu Inteligencji Katolickiej”. Kością niezgody pomiędzy związkowcami, zrzeszonymi w strukturach zakładowych wadowickich przedsiębiorstw, a Komitetem Obywatelskim stało się wykorzystywanie przez niego znaku Solidarność. Ponadto związkowcy mieli pretensje, że są przez „Druciarnię” marginalizowani. W rezultacie, aż czternaście zakładów odmówiło Komitetowi prawa używania nazwy związku! Należy tutaj wyjaśnić, że podstawową komórka związkową były organizację zakładowe. Ich organem wykonawczym były komisje zakładowe, których pracami kierował przewodniczący.

W odwecie Komitet Obywatelski dopisał do swej nazwy „Solidarność 80”, a więc przeszedł do związku zawodowego Mariana Jurczyka, opozycyjnego do Solidarności. W ten sposób działacze Komitetu koniunkturalnie  opowiedzieli się po stronie przeciwników Okrągłego Stołu, kwestionując również przywództwo Lecha Wałęsy i rząd Tadeusza Mazowieckiego. Na tym etapie zdecydowanym przeciwnikiem Komitetu Obywatelskiego był Zdzisław Szczur. Faktu tego, jak również opowiedzenia się Ewy Filipiak po stronie przeciwników Wałęsy i Mazowieckiego nikt dzisiaj nie pamięta.

Wiosną 1990 roku odbyły się pierwsze wybory samorządowe, które ponownie organizował Komitet Obywatelski. Znów przy tej okazji skorzystano z logo Solidarności Lecha Wałęsy. „Opozycjoniści” z „Druciarni” nie przebierali w środkach prąc do władzy, zmieniając polityczne sympatie jak rękawiczki.

Pierwszy "skok" na samorząd - część kandydatów jest z nami do dzisiaj.

4. Kotarba i przemiana Szczura

W tym mniej więcej okresie na scenie politycznej miasta pojawił się tajemniczy człowiek z Nowej Huty w osobie Stanisława Kotarby. Rychło zyskał on przychylność Zdzisława Szczura. Można tylko domniemywać, że swatką w tym, trwającym do dzisiaj, toksycznym związku był Mieczysław Gil, znany działacz z Nowej Huty – aktualnie senator PiS. Zabieganie o względy Szczura, który dystansował się do działań Komitetu i jego członków, miało zasadnicze znaczenie, bowiem jako były internowany i potem szef terenowych struktur związku Solidarność mógł legitymizować uzurpatorów z „Łabęd”. Przypuszczalnie właśnie pod wpływem intryg Kotarby Szczur stał się wreszcie sympatykiem Komitetu Obywatelskiego, a ten mógł teraz trąbić, że ma pełne poparcie Solidarności.

Jednak do pełnego sukcesu Komitetu Obywatelskiego brakowało poparcia Kościoła. Ówczesny proboszcz, ksiądz infułat Kazimierz Suder, jak większość księży, którzy przeżyli PRL, stronił od polityki. Z zadowoleniem przyjął jednak fakt, że na listach kandydatów do Rady Miejskiej znaleźli się ludzie od lat związani z Kościołem. Kandydujący wówczas na radnych członkowie „Klubu Inteligencji Katolickiej”: Zbigniew Siłkowski, Jan Sopicki i Stanisław Pena nie byli świadomi, że są jedynie kwiatkiem do kożucha, bez wyborczych szans. Umieszczono ich w obwodach, w których byli kompletnie nieznani, np. na nowych osiedlach.

5. Bolszewickie czystki

Po wyborach samorządowych, w których głównymi wygranymi była drużyna z „Łabęd”, nastąpił etap bezwzględnej eliminacji osób spoza towarzyskiego układu „Druciarni”. Pod hasłem walki z komuną usunięto wielu ludzi zasłużonych dla miasta, ale mianowanych za PRL.

Przykładowo, z Domu Kultury wypędzono Stanisława Czechowicza, z Biblioteki Publicznej Jana Sobotę, z Ogniska Pracy Pozaszkolnej Ewę Hardek. Zastąpiono ich „swoimi”. Do biblioteki trafiła szwagierka Mariana Sołtysiewicza, do Ogniska Pracy Pozaszkolnej – najpierw Kazimiera Furdzik, oczywiście z księdzem w rodzinie, a potem Paweł Jarosz, miejski radny. Rządy w szpitalu objęła działaczka „Solidarności” Krystyna Grzesiek. Wiele z tych osób do dzisiaj piastuje publiczne stanowiska. Efekty ich pracy często są mizerne, ale zarobki pokaźne.

Na stołku w tzw. „Rejonie” (dzisiejsze starostwo) zasiadł Józef Wiktor. Tam też, przez jakiś czas, pracował Lesław Makuch, by potem objąć stanowisko dyrektora w Rejonowym Przedsiębiorstwie Robót Inżynieryjnych, które w końcu z talentem położył na łopatki. Obecnie z powodzeniem prowadzi miejskie wysypisko śmieci. Kolejny manager z „rozdania”, po likwidacji zarządzanego przez siebie PKS-u, dowodzi dworcem autobusowym. Stopniowo też wymieniono wszystkich dyrektorów szkół i wszystkich pracowników magistratu. Poza zasięgiem czystek pozostali chyba jedynie dyrektor Zakładu Energetycznego (zręcznie i szybko się przefarbował) i kierowniczka biblioteki pedagogicznej, żona byłego sekretarza PZPR.

Problemem stali się niezależni przedsiębiorcy. Tych jednak zjednywano drobnymi ustępstwami, a krnąbrni latami czekali na załatwienie sprawy. Jedynie giganci typu Maspex, zachowali niezależność.

Czystki objęły również… Komitet Obywatelski, po wyborach już niepotrzebny. Działający w nim dalej Józef Zeman od Ewy Filipiak usłyszał: „Cóż to jest ten Komitet Obywatelski?”. Kolejnym obiektem ataków stał się Kazimierz Malczyk, pierwszy w wolnej Polsce burmistrz Wadowic, też członek Komitetu, lecz niezwiązany z grupą z „Łabęd”. Pod ostrzałem fałszywych oskarżeń i intryg Filipiakowej został odwołany z funkcji burmistrza. Większość aktywistów Komitetu spoza „Druciarni” znalazła się na marginesie. Jednemu na otarcie łez zapewniono dla żony stołek w wodociągach. Coraz więcej na znaczeniu zyskiwał „podwieszony” pod Szczura Kotarba.

Trwała pacyfikacja niezależnych środowisk opiniotwórczych. Z ul. Kościelnej wyprowadzono Towarzystwo Miłośników Ziemi Wadowickiej, próbowano przejąć muzeum „Hell’s Angels” Zygmunta Krausa (intrygę przygotował sam Kotarba), a gdy to się nie udało, ekspozycję usunięto z obszaru miasta. Odwiedzane wiele razy przez zagranicznych gości, w tym Konsula USA, muzeum egzystuje do dzisiaj na obrzeżach Wadowic, bliskie zapomnienia.

Ofiarami typowo bolszewickiej prowokacji padli pracownicy Gminy, a jednocześnie członkowie Kongresu Liberalno-Narodowego: Zbigniew Łopatecki (kolega szkolny Filipiakowej) i Antoni Bucała. W tamtym czasie stanowili oni zagrożenie dla Filipiak i spółki, skręcających koniunkturalnie ku skrajnej prawicy i zabiegającego o wsparcie Kościoła. W prowokacji uczestniczyła Joanna Grzyb, urzędniczka stojąca na czele Miejskiej Komisji Wyborczej, mieszkająca w gminnej willi w Kleczy.

Czytaj: Willa w Kleczy

W ten sposób, nie przebierając w środkach, zwalczając niezależne instytucje, kulturę oraz ideowych opozycjonistów, pod skrzydłami których dotarli do władzy, Banda z Łabęd skutecznie zmonopolizowała rządy w Wadowicach. Solą w oku pozostała jedynie niezależna od „Druciarni” wadowicka Spółdzielnia Mieszkaniowa, poddawana z tego powodu rozlicznym szykanom

Zdzisław Szczur zredukował działania zakładowych komórek „Solidarności” do budowania ołtarzy w Boże Ciało i składania kwiatów. O reprezentowaniu interesów świata pracy przez Solidarność można było zapomnieć. Powoli zamykano kolejne zakłady pracy, a przewodniczący Szczur bogacił się na samorządowych posadach. Po latach jednak i jego los stał się niepewny. Po likwidacji wielu zakładów pracy, w których funkcjonowały organizacje związkowe, niewiele już znaczy i prawie nikogo nie reprezentuje. Notowania polityczne Szczura spadły prawie do zera i ze „związkowego barona” stał się „popychadłem” burmistrz, co widać na sesjach Rady Miejskiej. Można przypuszczać, że Filipiak trzyma go jeszcze tylko dzięki rodzinnym koneksjom łączącym go z Beatą Szydło, wiceprzewodniczącą PiS.

6. Czy Kościół też z nimi?

„Druciarnia” łatwo zaskarbiała sobie sympatię kolejnych proboszczów. Kilku ludzi związanych z Kościołem dostało pracę w Gminie (rodzina Matejów, Tadeusz Krupnik, członek KIK z księdzem w rodzinie, Piotr Jagiełka, członek KIK, Tomasz Mżyk). Dla wygody Parafii zamknięto uliczkę wokół kościoła (działka kościoła kończy się na jego obrysie), poczyniono kilka innych koncesji i darów. Gmina wsparła remont muzeum Jana Pawła II, zaś plac Jana Pawła II (czyli miejski Rynek) został przebudowany pod kątem uroczystości religijnych, nie zaś potrzeb mieszkańców.

Przez lata klerowi nie przeszkadzał jarmarczny i obłudny katolicyzm włodarzy miasta, chociaż życie osobiste i – co ważniejsze – publiczne postępki wielu z nich były na bakier z nauczaniem Kościoła. W mieście władza i Kościół zawarły po prostu polityczny układ, przysłaniając to deklaracjami o wierności JPII. Obłuda została nawet wyniesiona na sztandary, co widać na banerze od 1999 roku wiszącym na Urzędzie Miasta.

7. Wadowicka karykatura demokracji

W Wadowicach 20 lat budowano towarzysko-polityczną strukturę, okadzoną parafialnym kadzidłem, której daleko do demokracji. Rządzący miastem z łatwością zaliczali członkostwo w kolejnych partiach politycznych: w ROP, Kongresie Liberalno-Narodowym, AWS. Dzisiaj wg klucza rodzinno-towarzyskiego tworzą lokalne PiS i PO. Towarzystwo „zwiedzając” kolejne ugrupowania obrastało w znajomości i układy. One pozwalały cementować panowanie, pacyfikować opornych, chronić przed odpowiedzialnością za wychodzące na jaw od czasu do czasu afery. A tych nie brakowało.

Dzisiaj „wadowicka ośmiornica” dysponuje prawie trzema tysiącami miejsc pracy, co w mieście z narastającym bezrobociem zapewnia jej lojalność znacznej liczby głosujących. Jak łatwo zauważyć, brak pracy i gospodarcza zapaść miasta jest jej na rękę. Cynizm, arogancja, bezwzględność, lekceważenie zasad demokracji oraz nieuctwo, są od ponad dwudziestu lat znakiem firmowym wadowickich samorządowców z Ewą Filipiak na czele.

Po dwudziestu latach pojawiają się wreszcie symptomy kruszenia politycznego układu, który zbudowali działacze z „Łabęd”. Choć metody sprawowania władzy, korumpowania ludzi, nie tylko moralnego, znajdują naśladowców także pośród młodego pokolenia, zwłaszcza dzieci urzędników zatrudnianych przez Ewę Filipiak, od ostatnich wyborów samorządowych miasto jest już inne. Kłamstwa, niekompetencja, obłuda zostały nazwane oraz zidentyfikowane. Wszystko wskazuje, że wadowiczanie budzą się z letargu i zaczynają rozumieć, że w dzisiejszych czasach deklaracje wiary nie są certyfikatem uprawniającym do rządzenia miastem, nawet tak małym jak Wadowice.

Szkoda tylko, że problemu nadal nie dostrzega Kościół, identyfikowany przez mieszkańców z układem i jego grzechami cierpi na tym najbardziej. Nie wspominając o autorytecie osoby Jana Pawła II, który używany jest jako tarcza do ukrywania przypadków łamania prawa oraz często pospolitej niegodziwości.

Oprac. *****