Szpital w Wadowicach, czyli zabawa w politykę (odcinek 2)

W poprzednim odcinku…

Kadencja samorządowa 2006-10. Władzę w Powiecie niepodzielnie sprawuje środowisko polityczne Ewy Filipiak. Osoby od niej zależnie obsadziły kluczowe komisje Rady Powiatu oraz Zarząd. Nad wszystkim pieczę sprawuje Stanisław Kotarba, rzecznik burmistrz, jej prawa ręka, a przy okazji szef powiatowej struktury PO. W szpitalu rządzi Krystyna Grzesiek, również z tego samego rozdania. Pod wpływem strajku ustępuje płacowym żądaniom lekarzy. Zaczyna się zadłużanie szpitala.

Mimo to, polityczne warunki do sprawnego przeprowadzenia reform w szpitalu i budowy nowego pawilonu są spełnione. Zwolennicy budowy (Kotarba i jego ludzie) mają pełnię władzy. Niestety, niekompetencja środowiska Filipiak po raz kolejny daje o sobie znać. Zamiast szybkich działań jest odwlekanie decyzji, a później gigantyczna awantura wokół przygotowanego przez Grzesiek projektu pawilonu „E”. Remedium na wszystkie problemy szpitala (rozbudowa) samo staje się problemem.

W kampanii 2010 roku Kotarba nazywa poprzednią kadencję, kiedy sprawował władzę, „najgorszym okresem w najnowszej historii powiatu”. W wyniku politycznej intrygi środowiska Choczni namaszcza Jacka Jończyka na nowego starostę. Jończyk i Kotarba wspólnie próbują wzmocnić wpływy w szpitalu – worku z pieniędzmi i wyborczymi głosami. Szpital, zwłaszcza zapuszczony i zadłużony, można skutecznie sprywatyzować i nieźle na tym zarobić. Być może o to właśnie teraz toczy się gra. Zamiast więc pomagać w zarządzaniu szpitalem, starostwo skupia się na przeszkadzaniu w działaniu nowemu dyrektorowi – Tadeuszowi Czopkowi. Przeciwko niemu protestują lekarze, Kotarba grzmi o „tragicznej sytuacji finansowej szpitala”. Tworzono pozory, jakoby Czopek zagrażał funkcjonowaniu lecznicy. Oto, co wydarzyło się dalej.

Stan przejściowy: Andrzej Merta

Po rozmowach z Jończykiem w styczniu 2011 roku Czopek rezygnuje z funkcji dyrektora ZZOZ. Dziś uważa, że roszady kadrowe i polityczne “gierki” odbiły się jedynie na kondycji finansowej szpitala, a szansę poprawy sytuacji zmarnowano.

„Bawili się w politykę, a pojęcia większego o służbie zdrowia nie mieli i nadal nie mają” – mówi o lokalnych politykach.

Jończyk deklarował, że kierowanie szpitalem zamierza powierzyć nowej, fachowej i wywodzącej się spoza lokalnego środowiska służby zdrowia dyrekcji. W międzyczasie jednak obowiązki dyrektora objął… Andrzej Merta, chirurg i jeden z lekarzy protestujących niedawno przeciwko Czopkowi. Merta – dyrektor z przypadku i konieczności, specjalistą od zarządzania nie był, popełniał szkolne błędy. Przykładowo, ekspresowo chciał zwolnić 60 osób. Kogo? Nie wiedział. Aby uniknąć kłopotów zrobił rzecz rozsądną – na swoją asystentkę przyjął osobę doświadczoną i sprawdzoną… Krystynę Grzesiek. Poprzednia dyrektor szpitala po odwołaniu przez starostę Kramarczyk straciła pracę w ZZOZ, ale teraz wracała w wielkim stylu. Umożliwił jej to swoimi działaniami Jacek Jończyk.

Nieudolność Jończyka była i nadal jest przedmiotem kpin. Choć Jończyk wielokrotnie odcinał się on od decyzji Merty, należy zapytać, czego mógł się on spodziewać, powołując na stanowisko kierownicze dużego zakładu pracy osobę bez żadnego doświadczenia, a nawet większych chęci do sprawowania tej funkcji? Jończyk jednak zdecydował się na prowizorkę, powołał Martę, a dostał Grzesiek.

Grzesiek w ZZOZ Wadowice pracuje do dzisiaj. Gdy przestała pełnić rolę „asystentki”, a w zorganizowanym przez starostwo konkursie (o czym za chwilę) nie odniosła powodzenia, zapadła na zdrowiu i przez prawie pół roku przebywała na zwolnieniu lekarskim. Do pracy wróciła na jeden dzień, ale już następnego dnia ponownie poczuła się gorzej. Nie przeszkodziło jej to jednak startować w konkursie na stanowisko kierownika ZOZ w Kalwarii Zebrzydowskiej, który zresztą zakończył się skandalem (Grzesiek miała go wygrać, ale wyniki znane z góry niefortunnie ujawniono). Wygląda na to, że stan zdrowia Grzesiek pozwala jej wyłącznie pełnić funkcje kierownicze. Jej choroba ma szansę niebawem się zakończyć, gdyż była dyrektor weszła właśnie w okres ochronny przed emeryturą. Ma więc ona za co Jończykowi dziękować.

Konkurs, którego nie udało się „ustawić”

W maju 2011 odbył się słynny „konkurs”, w którym nowego dyrektora ZZOZ wybrać miała 15-osobowa komisja powołana w tym celu przez Zarząd Powiatu. W skład komisji weszli przedstawiciele związków zawodowych, okręgowych izb: lekarzy oraz pielęgniarek i położnych, Rady Społecznej ZZOZ, a także sześciu radnych powiatowych. W konkursie wystartowały: Krystyna Grzesiek (poprzednia dyrektor ZZOZ, asystentka), Urszula Lasa (pracownik ZZOZ w Suchej Beskidzkiej) oraz Teresa Szczurek (pielęgniarka ZZOZ Wadowice). Startował również Andrzej Jarzębowski, były dyrektor szpitala w Biłgoraju, osoba ze sporym doświadczeniem i kompetencjami. To właśnie on uzyskał w konkursie największą liczbę głosów.

Przebieg konkursu jest tajny, ale anonimowy internauta szybko go ujawnił. Jarzębowski uzyskać miał 7 głosów, Grzesiek 5, Lasa 2 i wreszcie Szczurek 0. W komisji konkursowej zasiadał starosta z zastępcą. Jak głosowali? Nietrudno zgadnąć. Był też Stanisław Kotarba, w sprawach szpitala nieodzowny. Wieść gminna i powiatowa niesie, że Kotarbie bardzo zależało na ponownym wyborze Grzesiek, czyli przywróceniu w szpitalu powiązanej z magistratem dyrekcji. Załoga szpitala najwyraźniej jednak nie chciała kolejnego politycznego nominata. Gremialnie poparto Jarzębowskiego. Złośliwi mówili nawet, że pracownicy ZZOZ „zagrali na nosie” nieudolnemu staroście i jego protektorowi Kotarbie.

W czasie rozmów przed komisją konkursową nie obyło się bez wątków komediowych. Podobno Lasa chwaliła się swoimi doświadczeniami z restrukturyzacji… rejestracji w przychodni, a Kotarba pytał kandydatów o znaczenie imienia Jana Pawła II w zarządzaniu szpitalem. O cóż innego mógł pytać?

Unieważnienie

Konkurs był rozstrzygnięty, a mieszkańcy zadowoleni, że starosta spełnił obietnicę i wyłonił w przejrzysty sposób dyrektora szpitala spoza lokalnych układów. Nagle stało się coś nieoczekiwanego i szokującego. Andrzej Jarzębowski nie został dyrektorem ZZOZ Wadowice. Jacek Jończyk i Zarząd Powiatu z rekomendacji komisji konkursowej nie skorzystali. Stanowisko jednogłośnie zdecydowano się powierzyć Urszuli Lasa. Taki obrót spraw nie wszystkich zaskoczył. Kilka osób domyślało się, że konkurs zorganizowano wyłącznie, aby na stołku posadzić własnego człowieka.

Jończyk dwoił się i troił, aby przekonująco uzasadnić decyzję o powołaniu Lasy wbrew rekomendacji komisji konkursowej. Dziennikarzom tłumaczył, że nie miał zaufania do Jarzębowskiego. Rzekomo miał on nie znaleźć uznania u starosty Biłgoraja. Argumentem przeciw miało być również to, że Jarzębowskiego poparła załoga szpitala, a Jończyk chciał mieć gwarancję, że nowy dyrektor podejmie trud reformowania placówki nawet wbrew załodze. Tłumaczenie to, w kontekście okoliczności odwołania Czopka pod naciskiem lekarzy i powołania Merty na stanowisko p.o. dyrektora, jest co najmniej zdumiewające.

 Dzisiaj Jończyk dodaje, że konkurs nie służył wcale wyłonieniu najlepszego kandydata, ale raczej przyciągnięciu potencjalnych chętnych na to stanowisko (sic!). Dopiero po jego przeprowadzeniu Zarząd Starostwa miał zaprosić na rozmowy wybrane osoby.

Nie ma w tym najmniejszego sensu. Nadmiaru chętnych nie było, więc konkurs atrakcją najwyraźniej nie był. Zarząd Powiatu rozmawiał jedynie z Lasą, specjalistką od rejestracji. Jarzębowskiegio, który dużym szpitalem już kierował, na rozmowy oczywiście nie zaproszono.

Organizacja konkursu miała na celu stworzenie pozorów praworządności, a Jończykowi od początku chodziło o zatrudnienie Urszuli Lasy. Myślał pewnie, że skoro „ustawiony” przez Kotarbę konkurs wygra Grzesiek, znacznie łatwiej przyjdzie opinii publicznej wytłumaczyć powierzenie funkcji dyrektor komukolwiek innemu. Niestety, zgłosił się Jarzębowski i wygrał. Od tego momentu Jończyk przez wiele osób przestał być postrzegany jako nowa jakość i nadzieja. Zaczęto też uważnie przyglądać się poczynaniom faworyzowanej przez niego dyrektor. Prawda powoli zaczęła wychodzić na jaw…

Krewni i znajomi… królika?

Urszula Lasa z wykształcenia jest pedagogiem, skończyła też studia podyplomowe z zarządzania służbą zdrowia. Przed objęciem funkcji ZZOZ Wadowice zatrudniona była jako koordynator przychodni w Suchej Beskidzkiej. Zarządzała grupą około 100 osób. Uchodziła tam za osobę konfliktową, jej przejście do Wadowic witano z radością.

Lasa, jak pamiętamy, w konkursie wypadła słabo, ale to jej Jacek Jończyk zdecydował się powierzyć trudną misję ratowania szpitala. Dlaczego? Pytanie tym ciekawsze, że starosta twierdzi, iż dyrektor jest mu osobą całkowicie nieznaną – to przysłowiowy filip z konopi. Aurze tajemniczości sprzyja też fakt, że w witrynie internetowej szpitala, którym kieruje, nie ma ani słowa na temat dyrektor. I to pomimo tego, że w szpitalu za czasów dyrektor Grzesiek utworzono odrębne stanowisko specjalisty do spraw wizerunku.

O potrzebie dalszego utrzymywania tego stanowiska przekonany jest starosta. Wyczerpująco uzasadniał ją w piśmie do radnego Jurczaka. Efektów działań „specjalisty” jednak nie widać, ale pewnie jedynie dlatego, że jego głównym zadaniem jest „uzupełnianie wszelkich tablic na terenie placówki”. Do lokalnych mediów komunikaty ze szpitala nie płyną, a wizerunek szpitala, pomimo wysiłków „specjalisty”, od lat pozostaje niezmieniony.

Oceniając Lasę i jej kompetencje pozostaje więc nam jedynie przyjrzeć się podejmowanym przez dyrektor decyzjom. Wbrew pozorom sporo da się z nich wyczytać.

Jedną z pierwszych decyzji było utworzenie nowego, niezwykle ważnego dla przyszłości szpitala stanowiska kierowniczego – Kierownika Kancelarii. Stanowisko to otrzymała Żaneta Grzegorczyk. Ta młoda osoba (23 lata) ma licencjat Wydziału Nauki o Zdrowiu UJ i dzięki Lasie około 3.500 tys. netto miesięcznie, choć wykonuje po prostu pracę sekretarki. Do pracy dojeżdża spoza obszaru Powiatu Wadowickiego. Poprzednią sekretarkę, pracownika z wieloletnim stażem, zdegradowano i uczyniono gońcem. Niedawno zaś, pewnie w podziękowaniu za lata pracy, otrzymała wypowiedzenie.

W piśmie z dnia 6 lutego 2012 roku, adresowanym do Józefa Łasaka, przewodniczącego Rady Powiatu, Lasa tłumaczy, że utworzenie stanowiska Kierownika Kancelarii było niezbędne i stanowiło część planu restrukturyzacyjnego. Z wyjaśnień wynika, że jednym z głównych zadań Grzegorczyk jest przyjmowanie, rejestrowanie i wysyłanie poczty. Podobno dzięki posiadanemu wykształceniu i doświadczeniu radzi sobie z tym zadaniem znakomicie.

Złośliwi, który w Wadowicach nie brakuje, widzą w utworzeniu nowego stanowiska drugie dno. Skoro Lasa nie ma wystarczających kompetencji, aby zarządzać szpitalem, być może potrzebuje dużej ilości porad dotyczących kolejnych posunięć. I ktoś musi te porady dyskretnie przyjmować, rejestrować, przekazywać dalej.

W sekretariacie zajęcie znalazła również siostra Bogdana Krupnika, widoczna zawsze w pierwszym szeregu protestujących OKOS. Lasa zaczyna swoje rządy od układania się z politycznymi siłami działającymi w szpitalu. Czy aby nie czegoś przeciwnego miał oczekiwać po nowym dyrektorze starosta?

Zatrudnienie Grzegorczyk musiało wywołać komentarze, a spotęgowały je kolejne decyzje personalne. W szpitalu znalazło się bowiem miejsce dla Eweliny Bąk, żony kuzyna starosty Jończyka. Bąk pełni funkcję głównego specjalisty do spraw medycznych, choć jej dotychczasowe doświadczenie to kierowanie Domem Pomocy Społecznej. Z wykształcenia Bąk jest pielęgniarką, ma doktorat w zakresie rehabilitacji. Jak poprzednio, nowe stanowisko sprawia wrażenie stworzonego jedynie po to, aby zatrudnić znajomą – tym razem członka rodziny starosty. Zwłaszcza, że w innych ZZOZ nie jest spotykane.

Kolejna nowa postać w ZZOZ to Witold Ponikło, wcześniej pracujący w Szpitalu im. Rydygiera w Krakowie, czyli kolejny przyjezdny. W Wadowicach pełni funkcję zastępcy dyrektora ds. technicznych. Zamiana renomowanej placówki na szpital w Wadowicach może sugerować, że Ponikło w poprzednim miejscu pracy się nie sprawdził. Ale może po prostu lubi spokojną pracę na prowincji.

Stanowisko, które objął ma ciekawą historię. Otóż, w okresie urzędowania Andrzeja Merty stanowisko to… zlikwidowano. Motywowano to oszczędnościami. Rada Społeczna ZZOZ pod przewodnictwem Jacka Jończyka skwapliwie na propozycję przystała. Gdy jednak stery szpitala objęła Lasa, stanowisko z powrotem okazało się niezbędne. Jak można się domyślać dlatego, że w kolejce czekał znajomy do zatrudnienia.

Ponikło był jedną z osób, która przygotowała słynny “audyt” szpitala. Zdaniem obserwatorów to on na bieżąco zarządza szpitalem i jest dyrektorem, a Lasa, niezdolna do stawiania czoła wyzwaniom, chowa się cieniu. Ale w cieniu zdaje się chować ktoś jeszcze…

Haber z prywatyzacyjnego poligonu

Marek Haber to długoletni dyrektor szpitala w Suchej Beskidzkiej (funkcję tę pełnił 18 lat). Dziennikarze pisali o nim niepochlebnie. Według Gazety Krakowskiej (numer z września 2008 roku) lekarze pracujący w szpitalu w Suchej Beskidzkiej zarzucali dyrektorowi nietrafione inwestycje, nie byli też zadowoleni z warunków pracy. Dobrego zdania o dyrektorze nie miały także pielęgniarki. Nic dziwnego, według związków zawodowych wynagrodzenia lekarzy, pielęgniarek, techników medycznych w tym szpitalu miały być najniższe w kraju. Trudno ocenić, na ile sądy te były sprawiedliwe. Osoby znające Habera osobiście nie podzielają krytycznych opinii, a czym kończy się schlebianie lekarzom widać na przykładzie dyrektor Grzesiek i stanu finansów ZZOZ Wadowice.

Najciekawsze jednak, zwłaszcza w kontekście pytania o przyszłość, okazuje się aktualne zajęcie Marka Habra. Jest on podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia, specjalistą m.in. od przekształceń własnościowych szpitali, zwanych także „prywatyzacjami”. Haber dał się poznać jako orędownik przekształcania szpitali w spółki kapitałowe. Podobno to on stoi za wieloma posunięciami nowej dyrekcji wadowickiego ZZOZ. Czy to wyjaśniałoby, dlaczego starosta Jończyk zdecydował się dyrektorem szpitala uczynić figuranta, czyli Lasę?

Haber to potencjalnie przydatny sprzymierzeniec. W czym? Nietrudno zgadnąć. Starosta Jończyk oficjalnie nie wie nic o relacjach łączących Lasę i Habra, ani nawet nie zna tego ostatniego (Lasy zresztą, jak pamiętamy, też). Mimo to, nie ma nic przeciwko mieszaniu się w sprawy szpitala, „o ile będzie to się odbywać z pożytkiem dla lecznicy”. To jednak nie koniec niespodzianek. Panowie, mimo, że oficjalnie się nie znają, spotkali się w ciekawych okolicznościach. Jończyk odwiedził Habra w Ministerstwie Zdrowia we wrześniu 2011 roku. Spotkanie było długie i zapewne zupełnie przypadkowe. Uczestniczyła w nim… Urszula Lasa. To pewnie też przypadek.

Na spotkaniu starosta miał zapewnić, że jego priorytetem jest publiczny charakter szpitala, “o ile tylko będzie to możliwe”. To ważne stwierdzenie, bo mamy poważną wątpliwość, czy będzie. Wszystko zależy od wyniku finansowego za 2012 rok i lata późniejsze. Pierwsze dane dyrekcja ZZOZ ma ujawnić w kwietniu. Wynik finansowy szpitala na koniec 2011 roku (wg. danych starostwa z dnia 2 lutego 2012) to strata brutto w wysokości ponad 3 mln zł. Całość długu to prawie 10 mln zł. Jeżeli szpital będzie nadal „pod kreską”, zmiana jego statusu i „prywatyzacja” stanie się koniecznością. Uchronić przed tym może jedynie zatrudnienie geniusza finansowego. Wygląda na to, że według Jończyka jest nim właśnie Lasa. Zaufanie godne pozazdroszczenia, zwłaszcza że nie wynika z rekomendacji komisji konkursowej, ani z „imponującego” CV dyrektor, ani z prywatnej znajomości. Skąd więc się bierze?

Warte podkreślenia, że o prywatyzacji szpitala starosta mówi bardzo niechętnie, a przecież jest to zupełnie realne rozwiązanie. Z czego wynika ta niechęć? Albo Jacek Jończyk oderwany jest zupełnie od rzeczywistości i nie dopuszcza do siebie oczywistych faktów, albo za wszelką cenę stara się ukryć niewygodną prawdę.

Przekształcenie szpitala w spółkę to decyzja Rady Powiatu, Jończyk już teraz umywa od niej ręce. A że stanie się tak w następstwie podjętych przez niego błędnych decyzji, z których konsekwencji radni powiatowi wydają się dzisiaj nie zdawać sobie sprawy… No cóż, to zupełnie inna kwestia.

„Audyt” i „restrukturyzacja”

Jeżeli Lasa to właściwy człowiek na właściwym miejscu, jak utrzymuje starosta, przyjrzyjmy się jej działaniom naprawczym. Jednym z pierwszych kroków na drodze do ratowania szpitala było, jak już wiemy, zatrudnianie znajomych. W szpitalu miał też miejsce głośny „audyt”, który, po bliższym przyjrzeniu okazał się jedynie analizą wewnętrzna sytuacji ZZOZ, wykonaną na polecenie samego starosty (pismo z lipca 2011 roku). Rzeczona „analiza wewnętrzna” budzi kilka wątpliwości.

Po pierwsze, aby zorientować się w sytuacji szpitala Lasa sięgnęła po specjalistów zewnętrznych. Firmę wybrała z wolnej ręki. Ale zewnętrzna firma, która miała przygotować „wewnętrzną” analizę nie była do końca zewnętrzna. Raport dla Lasy sporządzili bowiem: Aleksandra Kaczor, Witold Ponikło, Marcin Kautsch oraz… Żaneta Grzegorczyk. Grzegorczyk była już zatrudniona w szpitalu, wkrótce zatrudniony został też Ponikło. Ten zespół „specjalistów” nie odkrył niczego przełomowego, w raporcie ukazano to, co jest i było oczywiste. Wnioski były mętne, nie przedstawiono realnych usprawnień, planu naprawczego. Były za to zdjęcia tonącego Titanica i kordialna atmosfera, na czym skupili się lokalni dziennikarze.

Zapytany o sens tak sporządzonej analizy starosta Jończyk twierdzi, że wiele nowego jednak się dowiedział. Co konkretnie? Na przykład to, że w szpitalu są przestarzałe urządzenia. Bez komentarza. Jedyny, oczywisty i najprostszy pomysł „audytorów” i podchwycony przez dyrekcję, to restrukturyzacja polegająca na radykalnym zmniejszeniu stanu osobowego szpitala. Koszt niezwykle wartościowej „analizy wewnętrznej” to ponad 30 tys. zł.

Przeprowadzenie „audytu” o tyle bulwersuje, że podobne opracowanie przygotował wcześniej krytykowany przez starostwo dyrektor Czopek. Nie wynajął jednak do tego żadnej firmy, tylko usiadł w gronie swoich pracowników, jak przystało na analizę wewnętrzną. Czopek opracował też plan naprawczy, czy też – jak wolą niektórzy – wstępny jego zarys. Podatnika nic to nie kosztowało.

Lasa dała jednak zarobić znajomym. Skąd wiemy, że to jedno towarzystwo? Haber, Lasa, Ponikło i Kautsch napisali jakiś czas temu książkę. Książka ma tytuł „Zarządzanie w opiece zdrowotnej. Nowe wyzwania”, wydało ją Wydawnictwo Wolters Kluwer Polska. Co znamienne, obecna dyrektor szpitala opisała w niej swoje doświadczenie zawodowe dotyczące… funkcjonowania rejestracji. Tym właśnie chwaliła się w czasie konkursu i „zauroczyła” starostę.

Jak na złość to właśnie „reformy” w rejestracji wzbudzają obecnie największe oburzenie pacjentów. Po redukcjach etatów w Przychodni Specjalistycznej kolejki do rejestracji trwają godzinami, wybuchają awantury, telefonów nikt nie odbiera. Praktyka nieco więc rozminęła się z teorią, ale dyrektor Lasa do rejestracji na razie nie zagląda. Być może opracowuje jakieś nowe jej koncepcje.

Z wolnej ręki zlecono też obsługę prawną spraw szpitala – prowadzą ją obecnie radca prawny szpitala w Suchej Beskidzkiej, syn tamtejszego lekarza wraz ze swoją żoną. Znów znajomi.

Jak widać, za sprawą Jacka Jończyka los szpitala znalazł się w rękach towarzystwa spoza Wadowic, a nawet Powiatu Wadowickiego. Jak wytłumaczyć ten desant w dobie palącego bezrobocia, o którym już teraz mówi się w kategoriach katastrofy? Wielu mieszkańców uważa, że nowe osoby w ZZOZ mają na celu wyłącznie sabotowanie losu lecznicy i jej likwidację z korzyścią dla Suchej Beskidzkiej i Oświęcimia. Czy mają rację?

Zwolnienia i co dalej?

Najszybszy (co nie znaczy, że najlepszy) wynik w bilansie finansowym można osiągnąć redukując wynagrodzenia oraz zmniejszając stan zatrudnienia. Do tego ostatniego ekipa dyrektor Lasy przystąpiła niezwłocznie.

Pierwsze posunięcia polegały na nieprzedłużeniu umów, wysłaniu osób mających uprawnienia emerytalne na emerytury. Powstałe oszczędności natychmiast rozdysponowano właśnie pomiędzy krewnych i znajomych zatrudnionych w szpitalu na stanowiskach kierowniczych. Na początku 2012 roku zaczęły się jednak przymiarki do zwolnień grupowych. Nieoficjalnie mówiło się, że Lasa zamierza podziękować za pracę około 70 osobom, przede wszystkim pielęgniarkom i położnym. Wywołało to falę protestów i napięć, które są starannie skrywane przed opinią publiczną.

W styczniu 2012 roku milczenie postanowiły przerwać pielęgniarki oddziału chirurgii urazowej. W liście skierowanym do radnych Powiatu napisały: „likwiduje się stanowiska, na których pracowali ludzie z doświadczeniem, a tworzy się nowe i przyjmuje osoby powiązane z Panią Dyrektor i Panem Starostą”.

W liście mowa jest o głodowych pensjach pielęgniarek, a także praktykach nowej dyrektor: zastraszaniu czy próbie skłócenia ze sobą całej załogi w celu ułatwienia likwidacji szpitala. „Dyrektor i jej współpracownicy obrali drogę podstępu. (…) Oczywiście grupa lekarzy jest nietykalna” – pisały pielęgniarki podpisane z imienia i nazwiska.

Dalej w liście mowa jest o tym, że przewidziane przez dyrekcję zwolnienia zagrażać będą nie tylko bezpieczeństwu pacjentów, ale odbiją się również na pozostałym personelu, przeciążonym obowiązkami. Jakość usług miała ustąpić miejsca próbie poprawy wyników finansowych prostymi, żeby nie powiedzieć, prymitywnymi metodami.

Odpowiadając na postawione zarzuty Dyrektor podniosła, że jej działania w szpitalu są akceptowane przez związki zawodowe. Co do oskarżeń o konfliktowanie załogi: „Dyrekcja ZZOZ Wadowice, wykazując się wyrozumiałością” – pisała Lasa – „pozwoli sobie na przemilczenie zarzutów, chociaż twierdzenia te są nieuzasadnione i stanowią zwykłe pomówienie.” Skąd znamy ten ton?

Związki zawodowe po burzliwych naradach zaakceptowały plan zwolnień w szpitalu. Ostatecznie objął on 45 osób. Nie brakło jednak głosów, że zaproponowane zwolnienia nijak się mają do ewentualnej poprawy wyniku finansowego szpitala w przyszłości, gdyż zwalniany personel zarabiał przysłowiowe „grosze”. Odpowiedzialni za złą sytuację finansową szpitala lekarze na kontraktach nadal zaś mają się dobrze.

Co więcej, pojawiły się też opinie, że działania dyrekcji stanowią preludium do prywatyzacji placówki, a pozbywanie się średniego personelu jest tego zapowiedzią. W głosach tych może być sporo prawdy, zwłaszcza, że faza właściwej restrukturyzacji dopiero się zacznie, a samymi zwolnieniami szpitala w Wadowicach się nie uratuje. Tymczasem w radzie powiatowej koalicja Wspólnego Domu, PO i PiS udaje, że nic się nie dzieje.

Podsumowanie.

Podsumujmy opisane w obu odcinkach spostrzeżenia.

1. Starosta Jacek Jończyk buduje 3-kondygnacyjny pawilon „E” wg projektu 5-kondygnacyjnego pawilonu powstałego na bazie projektu 7-kondygnacyjnego. Pieniędzy nie ma nawet na 3 kondygnacje.

2. Budowa nowego pawilonu będzie stanowić poważne obciążenie dla Powiatu Wadowickiego, odbędzie się ona kosztem innych ważnych zadań (np. drogi, szkoły) i za cenę wyprzedaży publicznego majątku. Nikt nie potrafi spójnie wyjaśnić, dlaczego starostwo podjęło tę decyzję. Możliwa była standaryzacja szpitala w ramach istniejących pawilonów. Budowa byłaby wtedy zbędna.

3. Roszady kadrowe w szpitalu dodatkowo pogorszyły funkcjonowanie placówki. Jończyk pozbył się Czopka, który zdawał się wyprowadzać szpital z kłopotów, na fotelu dyrektora tymczasowo umocował Mertę, osobę dość przypadkową. Dzięki temu szpitalem ponownie zaczęła zarządzać Grzesiek.

4. Grzesiek o mało nie udało się ponownie wygrać konkursu na stanowisko dyrektora. Jończyk miał jednak swoją faworytkę. Osoba z najlepszymi kwalifikacjami, do tego fachowiec z zewnątrz, w oczach Jończyka nie znalazł uznania.

5. W szpitalu za 35 tys. zł przeprowadzono „audyt”. Audytu dokonali znajomi, nie zawierał on żadnych odkrywczych wniosków. Pomysłem na szpital okazały się zwolnienia.

6. Na specjalnie utworzonych stanowiskach kierowniczych nowa dyrektor zatrudniła swoich znajomych oraz członka rodziny starosty. Ze szpitala płyną sygnały, że nowa ekipa nie ma potrzebnych kompetencji i nie gwarantuje poprawy sytuacji. Mnożą się za to konflikty, co zdaniem niektórych jest celowym działaniem dyrekcji.

7. Nietrudno się domyślić, że szpital zostanie niebawem przekształcony w spółkę kapitałową. Starosta Jończyk zaklina się, że rzecz taka nie będzie miała miejsca.

8. Najbardziej aktywny w sprawach szpitala lokalny polityk – Stanisław Kotarba, szef lokalnej struktury PO, znów sprytnie uchylił się od odpowiedzialności. W sprawach szpitala milczy, a w czasie sesji Rady Powiatu we wrześniu 2011 roku, na której przedstawiano sytuację placówki, nie był nawet obecny.

Działania starosty Jacka Jończyka i innych lokalnych polityków odpowiedzialnych za służbę zdrowia w Powiecie Wadowickim muszą budzić niepokój. Nowa ustawa o świadczeniu usług zdrowotnych wymusza zainteresowanie wynikiem finansowym, zaś u podstaw parcia na budowę szpitala leży polityka, ambicje i naciski lobby związkowo-lekarskiego. W politycznym interesie rządzącego w powiecie układu jest posiadanie dużego zakładu z licznym elektoratem i kierowniczymi stołkami. Dla lekarzy szpital jest źródłem dochodów, także w prywatnych przychodniach. Wszystko to wyjaśnia w szerszym kontekście, dlaczego sytuacja wokół szpitala wygląda tak, a nie inaczej.

Co jednak będzie, kiedy z ogromnym poświęceniem wybudujemy nowoczesny pawilon szpitalny, gdzie świadczone będą usługi na mizernym poziomie? Jończyk i Królik nie mają żadnego doświadczenia w prowadzeniu firmy w warunkach gospodarki rynkowej. Ich doświadczenie to wiedza jak pieniądze wydawać, nie zarabiać. Tymczasem w każdym przedsiębiorstwie najważniejsza jest załoga, potem wyposażenie, a na końcu budynki.

Widmo prywatyzacji krąży nad Powiatem, ale niczego nikt nie widzi, niczego nie czuje. Wizje, bizantyjskie plany, osobiste urazy i ambicje – w sprawie szpitala szykują się kolejne zwroty akcji, których tłem będą ludzkie tragedie i trwonienie publicznych pieniędzy.

Dążenie do szybkiej rozbudowy szpitala przy niemal pewnej jego prywatyzacji w najbliższej przyszłości daje się interpretować jako próbą transferu publicznych środków do prywatnej kieszeni. Czy na tym etapie sytuacją wokół szpitala nie powinny interesować się jedynie mieszkańcy, ale przede wszystkim odpowiednie służby państwowe powołane do dbania o interes publiczny?

Głosy mieszkańców zostały zebrane i zredagowane przez „Inicjatywę Wolne Wadowice”

WYJAŚNIENIA.

W tekście celowo zatailiśmy tożsamość naszych informatorów. Lokalni politycy słyną ze swojej mściwości, a kultura dialogu i demokratycznej debaty na temat spraw publicznych niestety jest im obca. Dlatego woleliśmy nie obciążać nikogo koniecznością stawiennictwa w sądzie. Zgromadziliśmy pokaźne archiwum dokumentów na temat szpitala, wymianę pism, artykułów, dane finansowe. Staraliśmy się opisać wszystko w miarę rzetelnie, choć pewnie sami nie uniknęliśmy wpadek. Mimo to, opublikowane informacje są na tyle ważne dla lokalnej społeczności, że zdecydowaliśmy się je ujawnić. Mieszkańcy Wadowic mają pełne prawo wiedzieć, co dzieje się z naszym szpitalem i kto za to odpowiada.

Dziękujemy wszystkim, którzy pomogli nam zrozumieć sytuację wokół szpitala i poświęcili nam swój czas. O części spotkań informowaliśmy (starostwo), o części z konieczności nigdy nie powiemy. Czekamy na polemiki i komentarze.