Ofiara wielkiej manipulacji

Po czterech latach Jacek Jończyk sensacyjnie przerwał milczenie. Wyznał, że starostą został w wyniku „jednej wielkiej manipulacji”. Choć za sprawą tej manipulacji jego roczne dochody wzrosły do ponad 200 tysięcy złotych, ma poczucie wielkiej krzywdy, a siebie samego uznaje za ofiarę. Czy ta i inne wypowiedzi starosty nie świadczą przede wszystkim o tym, że padł on ofiarą nieudolnych doradców? Publikujemy przedwyborczą analizę wizerunku kandydata pióra jednego z naszych czytelników i zapraszamy do dyskusji nad nią.

Od pewnego czasu na lokalnych stronach internetowych pojawiają się zachwyty nad zaletami i zdolnościami starosty Jacka Jończyka, które rzekomo zapewniają mu bardzo dobrą pozycję w wyścigu o fotel burmistrza Wadowic. Wizerunkowo ma to być wręcz kandydat najlepszy i najpoważniejszy. W mojej ocenie są to pochwały na wyrost, a pozycja starosty we wspomnianym wyścigu przesadzona. Jacek Jończyk wyraźnie nie panuje nad kampanią, a jego posunięcia i wypowiedzi mogą jedynie dziwić.

Bolesne wyznanie

Zacznijmy od sposobu ogłoszenia zamiaru kandydowania w wyborach na burmistrza. Można odnieść wrażenie, że ze starosty deklarację ubiegania się o ten urząd wyduszono w bólach. Najpierw próbował tego portal Wadowiceonline na początku czerwca.

W odpowiedzi Jończyk powiedział tak:

Ja na pewno mam to przemyślane krótko mówiąc, natomiast kto co i jak, to za wcześnie jest w tym momencie na ten temat mówić, z jednej prostej przyczyny: ponieważ nie chciałbym, aby to było potraktowane jako jakiś początek kampanii wyborczej.

W reakcji na tą niefortunną wypowiedź doszło do czegoś, co odbierać można tylko jako kolejną wpadkę. Start starosty w jego zastępstwie ogłosili… kandydujący z jego list komentatorzy. Zaczęto nawet żartować, że stali się nieoficjalnymi rzecznikami starosty, co akurat zawierało w sobie sporo prawdy. Mętną zapowiedź tworzenia własnego komitetu okrzyknęli wielkim sukcesem i przełomem.

Starosta swojej własnej woli nie był najwyraźniej w stanie wyrazić, o czym świadczy kolejna wypowiedź opublikowana tydzień później na łamach Kroniki Beskidzkiej:

Osoby, które przypuszczają, iż rozważam kandydowanie na burmistrza Wadowic, nie mylą się.

Nadal więc obracaliśmy się w kręgu przypuszczeń i sugestii.

Dopiero za trzecim razem, tym razem na portalu Wadowiceonline.pl, starosta zdołał ogłosić zamiar kandydowania.

Przytoczona ekwilibrystyka słowna niewiele miała wspólnego z wizerunkiem „poważnego kandydata” czy wręcz powiatowego „męża stanu”. Czytelnicy zobaczyli raczej, że mają do czynienia z osobą kluczącą i szukającą sposobów unikania odpowiedzi na zadawane przez dziennikarzy pytania. Niezdecydowanie Jończyka interpretowano też inaczej. Co jeżeli cytowane wypowiedzi starosty należy rozumieć jako sygnał skierowany do środowiska burmistrz Filipiak: czekam na oferty, jestem gotowy na dobicie targu? Nie można zapominać (o czym więcej za chwilę), że polityczne targi i rezygnacja z aspiracji do fotela burmistrza zapewniły w 2010 roku Jończykowi stanowisko starosty. Dlaczego dzisiaj nie miałby sięgnąć po sprawdzone metody?

Jeżeli tak właśnie miało się stać, przynajmniej na razie, targu dobić się nie udało. Jednak “poważny kandydat” wypadł zupełnie niepoważnie. Nie po raz pierwszy.

Kiepscy współpracownicy

Zanim przejdę do analizy kolejnych wypowiedzi starosty, kilka słów o otoczeniu kandydata.

Starosta jest osobą mało wyrazistą, a postrzegany jest przede wszystkim poprzez pryzmat swoich najbliższych współpracowników. To oni zdominowali przekaz dotyczący starosty (wypowiadają w jego imieniu, prezentują jego osiągnięcia), a nawet grają rolę interpretatorów woli kandydata. W społecznym odbiorze Jończyk zaprezentował się więc nie jako samodzielny podmiot polityki, ale raczej figurant, sterowany z tylnego fotela przez rozmaitych doradców. Kim są owi stojący za kandydatem współpracownicy, którzy wysunęli się niejako na plan pierwszy kampanii?

Wicestarosta Marta Królik, która dyryguje kampanią Jończyka, a pewnie i nim samym, do tego Edward Wyroba z Marcinem Gładyszem czy Zbigniew Targosz – nie są to osoby atrakcyjne z punktu widzenia wyborców, nie mają żadnej mocy ich przyciągania. Nie rozstrzygam, jakimi osobami są prywatnie, wystarczy, że ich publiczny wizerunek nie jest pozytywny.

Zdający się grać pierwsze skrzypce w obozie starosty Edward Wyroba jest odbierany jako kamień u szyi. Marta Królik z racji swojego trudnego charakteru wymieniana jest jako główny powód ewentualnej przyszłej klęski wyborczej starosty. Panowie Gładysz i Targosz kreują się z kolei na spin doktorów kampanii, ale trudno znaleźć powody do wiary w ich zdolności. Nie tylko nie mają żadnego doświadczenia w tej dziedzinie, ale podobnie, jak słynni spin doktorzy PiSu wsławili się spektakularną zmianą poglądów, porzucając je razem z dotychczasowymi sojusznikami z Inicjatywy Wolne Wadowice. Wolta ta, chyba słusznie, przez opinię publiczną tłumaczona jest jednoznacznie – pogonią za stanowiskami i słabością charakterów.

Sytuacji raczej nie poprawią kandydaci komitetu starosty na radnych. Jeżeli potwierdzą się plotki, że wśród nich znajdziemy radnych Odrozka i Janasa, będzie to w najlepszym przypadku sygnał, że kandydaci z obozu Jończyka kierują się jedynie względami oportunistycznymi. Zwłaszcza, że wylądują w jednym worku ze swoimi niedawnymi surowymi krytykami (Gładysz, Targosz).

Do tego, jeżeli sprawdzą się pogłoski, że mieszkający w Choczni Jacek Jończyk współpracować zamierza z Józefem Cholewką, sołtysem tej miejscowości z obozu dotychczasowej burmistrz, na którym ciążą zarzuty za bandyckie zachowania w czasie obrad Rady Miejskiej, doprawdy trudno będzie uwierzyć wyborcom, że komitet starosty to nowa polityczna jakość.

Czyim kandydatem jest starosta?

Gdy Jacek Jończyk wysiłkiem wielu osób wreszcie wydusił z siebie oświadczenie o kandydowaniu na fotel burmistrza Wadowic, należało sobie odpowiedzieć na pytanie, jakich wyborców ów kandydat ma reprezentować? Czy Jacek Jończyk jest kandydatem opozycyjnym wobec panujących układów, czy człowiekiem tych układów?

Z perspektywy wyborcy odpowiedź na to pytanie jest prosta: Jończyk otrzymał fotel starosty w wyniku układu z Ewą Filipiak, którą poparł w poprzednich wyborach.

Starosta miał możliwość korzystniejszego usadowienia się na scenie politycznej przed wyborami. Drogą do tego była współpraca ze środowiskiem Inicjatywy Wolne Wadowice, a to zakładało pozyskanie jej liderów. W ten sposób Jończyk pokazałby się jako autentyczny człowiek dialogu, otwierając sobie dostęp do elektoratu, który odrzuca Ewę Filipiak, choć niekoniecznie chciałby głosować na kandydata Inicjatywy, czyli Mateusza Klinowskiego.

Klinowski wspierający mniej lub bardziej otwarcie Jacka Jończyka, a może nawet kandydujący wespół z nim z jednego komitetu wyborczego, dopisywałby do starosty odpowiednią legendę „opozycjonisty” i właściwie gwarantował zwycięstwo w wyborach. Należy założyć, że takie rozwiązanie też byłoby dla Klinowskiego korzystne, bowiem unikałby on przejmowania pełni odpowiedzialności za rządzenie w gminie.

Jak już wiemy, do porozumienia nie doszło. Jak się domyślam, staroście potrzebna była Inicjatywa, ale bez nadmiernie uczciwego radnego, który nie przymykałby oczu na kolejne „danie szansy” krewnym i znajomym, tym razem już na gminną skalę.

W efekcie Jończyk znalazł się w sytuacji, w której konieczne było poszukanie sposobów na odcięcie się od niedawnej swojej patronki, czyli Ewy Filipiak.

Źródło: Powstaje komitet poparcia Ewy Filipiak – Wadowice24.pl

Ofiara Wielkiej Manipulacji

Fakt współpracy Jacka Jończyka z Ewą Filipiak jest niezaprzeczalny. Pisał o tym w 2010 roku portal Wadowice24 prowadzony przez asystenta burmistrz . Są tam cytaty z Jończyka, który bezprzykładnie chwali Filipiak, a nawet zdjęcie, jak ściska się z burmistrz pozując do kamery. Starosta po czterech latach postanowił jednak… wszystkiemu zaprzeczyć.

Dzięki temu czytelnicy Kroniki Beskidzkiej dostali wywiad, w którym rzekomo “poważny kandydat” na fotel burmistrza kpi sobie z ich inteligencji. Jacek Jończyk opowiada w nim zdumiewającą historyjkę o tym, jak to, będąc tylko „szeregowym radnym”, pewnego dnia wpadł z kurtuazyjną i przypadkową wizytą do burmistrz Wadowic, przy okazji wypowiadając kilka grzecznościowych formułek. Grzecznościowe formułki okazały się, ku zaskoczeniu samego „szeregowego radnego”, jednostronną pochwałą rządów Filipiak, ale „szeregowy radny” przez cztery lata ich nie dementował i nie prostował.

Możemy się domyślać, że powodem tego był… nieoczekiwany wybór na starostę Powiatu Wadowickiego. Kandydaturę zgłosił Stanisław Kotarba, czyli prawa ręka Ewy Filipiak, a głosami wsparli kontrolowani przez nią radni, w tym jej najbliżsi współpracownicy. Nie powinno nas to dziwić, bo przecież “szeregowy radny” przypadkiem odwiedzający burmistrz w wyborach startował z jej komitetu wyborczego “Wspólny Dom”.

Całej opowieści szyku przydaje fakt, że Ewa Filipiak szeroko znana jest z przyjmowania w swoim gabinecie szeregowych radnych powiatowych i robienia im zdjęć. Tylko dlatego ubranemu w odświętną kratę radnemu zrobiono przypadkowe zdjęcie, w przypadkowym uścisku i z równie przypadkowym uśmiechem.

Żeby nie być gołosłownym, oto wypowiedź starosty:

Wypowiedziałem kilka grzecznościowych zdań na temat funkcjonowania samorządu gminnego, które później piórem redaktora współpracującego z magistratem, opublikowane na jednym z portali, przerodziły się w słynny, wirtualny komitet poparcia Ewy Filipiak, który tak naprawdę nigdy nie powstał, ale mnie okrzyknięto, w wypomnianym mi tekście, budowniczym tegoż komitetu. Zorientowałem się wówczas, że padłem ofiarą jednej wielkiej manipulacji, dobrze przemyślanej, przygotowanej i zrealizowanej. [źródło: Kronika Beskidzka]

Jak może czytelnicy jeszcze pamiętają, niedawno podobne wymówki przećwiczył proboszcz jednej z wadowickich parafii. On też twierdził, że padł ofiarą manipulacji. Tam też zrobiono „przypadkowe” zdjęcie, do którego proboszcz przez nieuwagę zapozował. Starosta sięgnął więc po „sprawdzone” wzorce. Niestety dla niego, nie są to wzorce dobre. W obu przypadkach mamy bowiem przykład bardzo nieudolnych kłamstw padających z ust osób publicznych.

To oczywiście najgorsza możliwa rekomendacja przed wyborami.

Wpadka za wpadką

Wywiad Jończyka dla Kroniki Beskidzkiej (na marginesie – gazeta niedawno podpisała umowę ze starostwem i otrzymuje stamtąd pieniądze) to istny festiwal wpadek. Starosta zapytany wprost o wycofanie się w 2010 roku z wyścigu o fotel burmistrza odpowiada, że nie był przygotowany do piastowania odpowiedzialnej funkcji i  zadowolił się fotelem starosty. Czy można zrozumieć to inaczej, niż szczere wyznanie, że Jończyk do piastowania stanowiska starosty nie miał po prostu potrzebnych kompetencji?

Oczywiście nie stanowi żadnej tajemnicy, że Jończyk otrzymał fotel starosty nie dzięki wykształceniu i kompetencjom, ale wspomnianym już politycznym targom. Tylko czy trzeba przy okazji od razu zupełnie podważać własną wiarygodność mówiąc, że padło się “ofiarą wielkiej manipulacji”?

Niewiarygodnie brzmi wypowiedź dotycząca osób tworzących komitet wyboczy Jończyka. Starosta wielokrotnie publicznie zachwalał jego skład, ale zapytany o nazwiska kluczy. Zwolennicy Jończyka już odtrąbili zamknięcie list kandydatów, ale wygląda na to, że starosta sam nie wie, kto będzie z jego komitetu startował. A może po prostu wstydzi się zaproponowanych kandydatur?

Dużą wpadką, umiejętnie nagłośnioną nawet przez burmistrz Filipiak, było też pokazanie twarzy „demokraty” i blokowanie wygłoszenia oświadczenia stowarzyszeń mieszkańców na sesji Rady Powiatu. Starosta mógł wejść w dialog z przedstawicielami stowarzyszeń, a pokazał ręczne sterowanie przewodniczącym Rady Powiatu i wygłosił pochwałę zamykania obywatelom ust. Przyklasnęli temu publicznie jego zwolennicy, znów wbrew niedawno deklarowanym poglądom.

Czym to się skończy?

W mojej skromnej ocenie Jacek Jończyk nie miał zbyt wielu atutów w nadchodzącej kampanii wyborczej, a te, które miał konsekwentnie roztrwonił.

Kluczowe dla niego było dogadanie się z opozycją. To mu się nie udało. Starosta niekoniecznie musiał wchodzić w ściślejszą współpracę z Inicjatywą, czy zawierać z nią jakieś formalne porozumienia. Na przestrzeni lat mógł choćby symbolicznie wspomagać opozycję, przyłączać się do jej działań, czy wyrażać tzw. moralne wsparcie. Nie zrobił w tym kierunku nic. Nawet bulwersująca sprawa okładki Wiadomości Powiatowych nie została przez niego wykorzystana do wzmocnienia swoich relacji ze środowiskami opozycyjnymi. Starosta zapowiadał zakończenie współpracy z wydawcą gazety, ale obietnicy nie dotrzymał. Dla wyborców to również sygnał, że od początku kłamał.

Opinia publiczna będzie odbierać Jończyka jako członka układu Ewy Filipiak, co ta z pewnością będzie podkreślać w swojej kampanii. Starosta zostanie przedstawiony jako osoba, która zamiast uczciwie pracować na rzecz lokalnej społeczności i „obozu patriotycznego”, dała się ponieść ambicjom, a być może padła… ofiarą wielkiej manipulacji i podszeptom swojej zastępczyni. Inicjatywie z kolei pozostaje odwoływać się do faktów, którym Jończyk tak nieudolnie próbuje zaprzeczać.

Całkiem więc możliwe, że nastąpi coś, co na pozór nie mieści się w głowie. Środowisko Wspólnego Domu na powrót znajdzie wspólny język. Nastąpi „Wielka Zgoda”, bo w końcu krewni i znajomi potracić mogą gigantyczne apanaże tylko wtedy, kiedy Klinowski zostałby burmistrzem. Z tej perspektywy współpraca Jończyka i Klinowskiego jest raczej wykluczona, a Jończyka i Filipiak prawdopodobna.

Mówi się o możliwości zamiany miejsc – burmistrz Filipiak ogłasza zmęczenie polityką gminną i przechodzi do spokojniejszej powiatowej, a Jończyk obsadza rodziną i znajomymi gminne fotele, nie tykając ludzi Filipiak (Bożena Flasz, Stanisław Kotarba czy inni gwarantujący przez 4 lata stołek staroście). Taki rozwój wypadków blokuje jednak Marta Królik, której to koleżanka na fotelu dyrektora szpitala musiałaby stracić stołek. Poza tym Królik ma swoje ambicje…

Do roszady więc nie dojdzie, a wtedy wszystko mogłoby zostać po staremu. Starosta poprze Ewę Filipiak, jednocześnie nie rezygnując z walki o miejsca w radzie gminy, a w zamian utrzyma wraz z Martą Królik dotychczasowe stanowiska w powiecie. Oczywiście to tylko prognozy, bo kuchnia urzędujących kandydatów jest starannie skrywana przed opinią publiczną. Ale takiego rozwoju wypadków bym z góry nie wykluczał, bo przemawiają za nim solidne argumenty.

Jedno jest pewne, Jacek Jończyk na własne życzenie ma duże szanse wyborów nie wygrać. Ma za to szanse przejść do historii jako tragikomiczna „ofiara jednej wielkiej manipulacji”.

Nadesłał: ***

—-

OD REDAKCJI. Tekst stanowi analizę kwestii wizerunkowych i tak powinien być odczytywany. Nie przeczymy tutaj, że Jacek Jończyk to pewnie fajny gość, publikując nadesłany materiał komentujemy tylko wizerunek, jaki starosta zbudował.