O samorządowej mafii w Wadowicach

źródło: Gazeta Krakowska

Istnienie samorządowej mafii w Wadowicach od lat było sygnalizowane przez lokalnych dziennikarzy. Pisano o tym w gazetce parafialnej „Przebudzenie”, w „Dzienniku Polskim”, a na łamach „Gazety Krakowskiej” układ demaskował… sam Marcin Płaszczyca. Dziś już w układzie.

Czy Gmina Wadowice jest pod kontrolą samorządowej mafii, czyli nieformalnej struktury powiązań polityczno-rodzinnych, która żeruje na publicznych środkach? Lokalni dziennikarze stawiają taką tezę od dawna. Niestety, pomimo dość powszechnej wiedzy na temat nieprawidłowości w zarządzaniu miastem, burmistrz Ewie Filipiak i jej otoczeniu udawało się umiejętnie „rozgrywać” wybory i przechytrzyć przy urnie mieszkańców. Trzy kadencje na fotelu burmistrza okazały się też wystarczającym czasem, aby spacyfikować także lokalne media. Autorów krytycznych komentarzy udało się zastraszyć lub… kupić. Dobitnym przykładem takiej politycznej prostytucji jest Marcin Płaszczyca.

Marcin Płaszczyca tropi układ
Jednym z największych krytyków towarzyskiego układu stworzonego przez Ewę Filipiak i jej otoczenie był Marcin Płaszczyca, młody dziennikarz „Gazety Krakowskiej”. O jego dawnych poglądach na temat Filipiak już wcześniej pisaliśmy.

Czytaj: Polityczna prostytucja czy dramat człowieka złamanego?

Płaszczyca zarzucał Ewie Filipiak, że ta uprawia nepotyzm i tworzy w Wadowicach “papaland” – symbol bigoterii i zacofania. W swoich oskarżeniach poszedł jednak dalej. W prezentowanym dzisiaj tekście M. Płaszczyca oznajmia, że „przerywa zmowę milczenia”, aby opisać fragment lokalnego układu. „Folwark gmina” zawiera informacje, o których cześć mieszkańców Wadowic od dawna wiedziała. Gminne urzędy, szkoły i spółki miejskie zostały obsadzone przez kilka powiązanych ze sobą rodzin. Co ciekawe, większość kluczowych urzędników wywodzi się zaś ze środowiska pracowników zakładu „Bumar”, wchodzących w politykę u kresu PRL prosto spod skrzydeł Służby Bezpieczeństwa.

Czytaj: Zamach stanu w Wadowicach

Dzisiaj o „esbeckich” korzeniach lokalnej władzy mało kto pamięta, E. Filipiak ze Stanisławem Kotarbą (rzecznik samorządu o tajemniczej przeszłości, kłamiący na jej temat przed sądem) umiejętnie podsycają legendę opozycjonistów i ludzi oddanych Janowi Pawłowi II. W ten sposób, fałszując historię skutecznie legitymizują swoje niepodzielne władanie w Wadowicach.

źródło: Dziennik Polski

źródło: Dziennik Polski

Z tekstu Płaszczycy wynika, że władzę w mieście podzielono pomiędzy rodziny Ramos i Makuch – to oni obsiedli główne instytucje i stanowiska. Filipiak nie zapomniała także o swoim bracie (Krzysztof Żak). Już wówczas też kupowała sobie przychylność mediów. Władysław Bieniek, dziennikarz tworzący lokalny kanał telewizji osiedlowej, zasiadał w radzie nadzorczej gminnej spółki (sic!), a jego żona otrzymała stanowisko dyrektora w jednej z gminnych szkół (w okolicznościach, które same wymagają kiedyś opisania). Choć wówczas Płaszczyca piętnował tę zależność jako patologię, dziś sam… odnalazł się doskonale w roli asystenta Filipiak.

W artykule mowa jest również o zatrudnianiu rodzin radnych w miejskich instytucjach (w zamian za poparcie, jak się można domyślać). Jest też o nieżyjącym już Jerzym Ochmanie, długoletnim przewodniczącym Rady Miejskiej oraz szefie lokalnych struktur PO, który również „ustawił” w Gminie członków swojej rodziny.

Płaszczyca nic nie pisze o przynależności partyjnej wymienianych przez siebie urzędników. Tymczasem, lokalne struktury partii politycznych zostały stworzone przez te same osoby, które zmonopolizowały instytucje miasta. Dlatego też, te same rodziny „trzęsą” wadowickim PO i PiS. Dzisiaj więcej już wiemy na temat transferów finansowych pomiędzy radnymi a budżetem gminy. Z tego budżetu opłacani są członkowie prezydium Rady Miejskiej (Szczur, Cholewka, Wodyńska), jak również inni radni zatrudniani przez Gminę: Krzysztof Salachna czy Michał Ogiegło szef Komisji Rewizyjnej. Ta patologia została przez nas niedawno szerzej opisana.

źródło: Przebudzenie

 Spółki komunalne i ich rady nadzorcze
Kolejne publikowane dzisiaj teksty traktują o spółkach gminnych, o których większość mieszkańców wie niewiele. „Dziennik Polski” analizuje zarobki rodzin monopolizujących miejskie instytucje – małżeństwa Makuch i Ramos to absolutni samorządowi krezusi. Ale innym również żyje się świetnie. Już o tym pisaliśmy.

Czytaj: Kulisy prac Rady Miejskiej

„Przebudzenie” skupiło się na radach nadzorczych spółek komunalnych. Okazało się, że zasiadają w nich krewni, znajomi, polityczni klienci. Prezesi jednych spółek nadzorują inne. O kontroli obywateli nad zachodzącymi tam procesami można zapomnieć. Co prawda stan rad nadzorczych uległ na przestrzeni lat pewnym zmianom, ale zasada pozostała ta sama: stanowiska dzierżą ludzie z klucza polityczno-towarzysko-rodzinnego. Część niezależnych radnych i wielu mieszkańców podejrzewa, że w spółkach miejskich nadal dochodzi do gigantycznych nadużyć, jak miało to miejsce i w przeszłości.

Czytaj: O Kotarbie i Filipiak słów kilka

Całkiem prawdopodobne, że są to schowane przed okiem mieszkańców pralnie publicznych środków, wykorzystywanych później do wygrywania kolejnych wyborów. Jest to o tyle prawdopodobne, że prezesi miejskich spółek są członkami lokalnych struktur partii politycznych PO i PiS, dzięki poparciu których Filipiak z ferajną wygrywają kolejne wybory. I w ten sposób interes kręci się już 20 lat.

Część aktualnych powiązań w Gminie i Powiecie obejrzeć można na ulotce dystrybuowanej w czasie samorządowych wyborów 2010 roku. Pisaliśmy o niej tutaj: Dwór Ewy Filipiak.