Kto zaszkodził wadowickiemu szpitalowi? Lata 2006-2010

Bolesław Kot, racjonalizator, prześladowany w PRL, później współpracownik Ewy Filipiak, który doskonale zna środowisko wadowickiego UM kontynuuje historię rozbudowy szpitala w Wadowicach. Tym razem skupia się na wydarzeniach poprzedniej kadencji Rady Powiatu, gdy Stanisław Kotarba i jego ludzie zmarnowali szansę rozbudowy i reformy lecznicy.

Nowe władze w Powiecie?

W odcinku 1 publikacji, obejmującym lata 1990–1994, pisałem, że o konieczności budowy pawilonu E wadowickiego szpitala wiadomo było już od 1990 roku. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych podjęto pierwsze błędne decyzje rzutujące na dzisiejszą sytuację. Kto je podjął i dlaczego? – już to wyjaśniałem. Lata 1994–2006 też niestety zostały kompletnie zmarnowane. Wrócę do nich w kolejnych publikacjach.

Tymczasem jesienią 2006 r. wybrano nowe władze powiatu, choć, jak dociekliwi obserwatorzy lokalnej polityki zauważyli, nie były one w zasadzie nowe. Pojawiła się co prawda nowa starościna: Teresa Kramarczyk, którą jako reprezentanta PiS rekomendował radny Rady Powiatu Zdzisław Mąka (też z PiS), ale pluralizm polityczny, tak pożądany w demokracji, nie istniał. Działania władz powiatu zdominowało środowisko UM Wadowice, na czele z innym radnym powiatowym – Stanisławem Kotarbą.

Sam sposób wyboru władz powiatowych wzbudza szereg wątpliwości. Pierwsza dotyczy wyboru kandydatury starosty. Przecież zanim Urząd Powiatowy zatrudni kogokolwiek do pracy, nawet na podrzędne stanowisko, stawia warunki odnośnie wykształcenia, praktyki zawodowej, zobowiązuje kandydatów do przedstawienia planu działania i sposobu jego realizacji, a nawet organizuje konkursy, gdy chęć do pracy deklaruje kilka osób. Tym trudniej zrozumieć, dlaczego wybierając kandydata na starostę Rada Powiatowa w Wadowicach od wielu kadencji kieruje się wyłącznie rekomendacją, i to jednego z radnych. W 2006 roku był to Zdzisław Mąka, w 2010 r. Stanisław Kotarba, który rekomendował obecnego starostę Jacka Jończyka.

Nie mam wątpliwości, że uprzednio odbywały się konspiracyjne przetargi, podczas których interesy uczestników brały górę nad interesem społecznym. I dopiero w ich efekcie reprezentanci zgłaszali ukartowane kandydatury. Lecz w swej naiwności nadal utrzymuję że otwarty dla publiczności konkurs powinien być w przypadku kandydatur do Zarządu Powiatu po prostu standardem. Ubiegający się o takie stanowiska powinni wcześniej publicznie zaprezentować swoją wizję sprawowania urzędu, cele, sposoby ich realizacji itp. Nic takiego nie nastąpiło, a mimo to zgłaszani w 2006 r. i 2010 r. kandydaci uzyskiwali poparcie całego składu Rady Powiatu Wadowice. Być może oznacza to, że konspiracja zaszła bardzo głęboko, albo demokratyczne standardy upadły w lokalnej polityce bardzo nisko. W tym ostatnim przypadku mam na myśli przede wszystkim radnych lewicowych, którzy głosowali za „przyniesionymi w teczce” kandydatami.

Incydent

Pierwsza z moich wątpliwości dotyczyła sposobu wysuwania kandydatur na stanowiska w Zarządzie Powiatu. Druga związana jest nieprawidłowościami, do jakich doszło w czasie samej organizacji głosowania nad kształtem Zarządu.

Na pierwszym posiedzeniu Rady Powiatu Wadowice w dniu 27 listopada 2006 r. miał miejsce znaczący incydent. Otóż, radny Zbigniew Janosz, znany z wyważonych, samodzielnych wystąpień, przerwał procedurę głosowania nad obsadzeniem fotela starosty. W protokole z posiedzenia opisano to w ten sposób:

(…) Stwierdzono, iż na stoliku Komisji Skrutacyjnej znalazły się karty do głosowania na członków zarządu, na których widniały nazwiska kandydatów. Ponadto Radny stwierdził, że karty były parafowane przez członków Komisji Skrutacyjnej, co, według radnego, jest niezgodne z prawem w związku z tym, że ten punkt porządku obrad nie był jeszcze przerabiany.

Wyjaśniam, że zgodnie z przyjętym harmonogramem posiedzenia, po wyborze starosty powinien nastąpić wybór wicestarosty, a dopiero potem wybór 3 dalszych członków zarządu. Choć w sprawie wyboru trzech dalszych członków zarządu (dwaj pierwsi to starosta i wicestarosta) nie padło ani jedno słowo, a już Komisja Skrutacyjna miała na swoim biurku karty do głosowania z nazwiskami kandydatów, które parafowała, a zatem zatwierdziła wcześniej jako ważne. Ktoś zatem wypełnił dokumenty Komisji Skrutacyjnej, zanim doszło do głosowania, a nawet zgłoszenia kandydatów i członkowie komisji o tym wiedzieli, trzymając karty na swoim biurku. Nie było to nic innego, jak sfałszowanie dokumentów związanych z najważniejszym głosowaniem w Radzie. W tej sytuacji należało zabezpieczyć corpus delicti, obrady przerwać i wezwać prokuraturę.

Wspomniany radny Janosz ocenił zaistniałą sytuację jako niezgodną z prawem i wniósł o odwołanie Komisji Skrutacyjnej. Poprosił też przewodniczącego Rady Zbigniewa Mieszczaka o stwierdzenie, że doszło do manipulacji wyborczej przy biurku Komisji Skrutacyjnej.

Dużo mówi nam skład Komisji Skrutacyjnej, wcześniej powołanej w wyniku głosowania przez Radę Powiatu, która z powodu w/w skandalu miałaby zostać odwołana: Beata Wajdzik, którą zgłosił Stanisław Kotarba, Eugeniusz Kurdas, którego zgłosiła Jolanta Wąs, oraz Sebastian Ramenda, którego zgłosiła Bożena Flasz. To bowiem Stanisław Kotarba, Jolanta Wąs oraz Bożena Flasz byli tymi trzema kandydatami do Zarządu, których nazwiska już widniały na kartach do głosowania.

Zdumiewające, ale mimo tych ewidentnych znamion przestępstwa spora grupa radnych sprzeciwiała się odwołaniu Komisji i za wszelką cenę próbowała ratować jej „autorytet”. Poirytowany tym radny Janosz zabrał ponownie głos:

Wydawało mi się, że powiedziałem dobitnie, o co tutaj chodziło. Chodzi o taką sytuację, że są przygotowane listy do głosowania na kolejne funkcje w zarządzie i parafowane są już przez członków komisji. Na tej sali jeszcze nie padły kandydatury, Szanowni Państwo, do Zarządu. W związku z tym pytam, na jakiej podstawie komisja mogła już te kandydatury zaparafować? Przepraszam, nie kandydatury, tylko głosy zaparafowane.

Zdezorientowanym czytelnikom jeszcze raz wyjaśniam znaczenie odkrycia radnego Janosza. Otóż, Komisja Skrutacyjna powołana do przeprowadzenia wyborów na członków zarządu dysponowała już wypełnionymi i zatwierdzonymi przez siebie kartami do głosowania z nazwiskami kandydatów, ZANIM w ogóle kandydatury te wysunięto. Oznaczało to, że za plecami części radnych dokonano zgłoszenia kandydatur na członków Zarządu! Był to bezczelny „przekręt”, gdyż nie silono się nawet na zachowanie pozorów działania zgodnego z prawem. To, co działo się na sesji Rady Powiatu miało być jedynie spektaklem na potrzeby tych, którzy we wcześniejszych politycznych targach nie uczestniczyli.

Kluczowe jest pytanie, kto opracował i wyreżyserował przekręt? Tylko członkowie Komisji Skrutacyjnej (Beata Wajdzik, Eugeniusz Kurdas, Sebastian Ramenda), czy też ci, którzy stali za ich wyborem (Stanisław Kotarba, Jolanta Wąs, Bożena Flasz)? A może wspólnie, jedni i drudzy?

Po burzliwej dyskusji członkowie Komisji Skrutacyjnej zrezygnowali. Głos zabrała radna Halina Kulbacka, która zgłosiła:

(…) wniosek formalny o otwarcie wszystkich teczek znajdujących się na stoliku Komisji Skrutacyjnej. Wówczas mogłyby się wypowiedzieć wszystkie osoby, również osoby urażone. Następnie można byłoby przystąpić do dalszej pracy. 

Jak widać, członkowie Komisji Skrutacyjnej poczuli się nawet urażeni poczynionym przez radnego Janosza odkryciem! Niestety, zamiast przerwania posiedzenia, skontrolowania tego, co Komisja miała w teczkach na biurku i wezwania prokuratury, większość radnych przegłosowała wybór nowej Komisji Skrutacyjnej i kontynuację obrad. Teczek oczywiście nie otwarto. W ten sposób winnym stworzono warunki i dano czas na zatarcie dowodów przestępstwa.

Warto wspomnieć i o takich „drobiazgach”, że Komisja Skrutacyjna miała więcej „lewych” kart do głosowania, niż wynosiła ilość osób uprawnionych do głosowania. Aby ten fakt ukryć jeden z członków Komisji schował nadmiarowe karty pod własnym „siedzeniem”. Pod biurkiem też znaleziono taką „lewą” kartę.

Nadmienię jeszcze, że kilka minut wcześniej nieomal wszyscy radni, w tym oczywiście członkowie skompromitowanej Komisji Skrutacyjnej, składali ślubowanie:

Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu Polskiego, strzec suwerenności i interesów Państwa Polskiego, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny, wspólnoty samorządowej powiatu i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej. 

Dodając oczywiście: Tak mi dopomóż Bóg. 

Wieszcz pisał: (…) bo kto przysięgę naruszy, ach biada jemu za życia biada i biada jego złej duszy…..

Nadzieje 

W trakcie dalszych obrad na stanowisko wicestarosty wybrano Mirosława Nowaka, reprezentującego prawicę, jak się później się okazało, osobę bardzo lojalną wobec wadowickiego magistratu. Następnie niejednogłośnie wybrano pozostałych członków pięcioosobowego Zarządu. Zostali nimi: Stanisław Kotarba, urzędnik UM Wadowice, prawa ręka burmistrz; Bożena Flasz, skarbniczka gminy Wadowice, jej lojalna koleżanka; Jolanta Wąs, reprezentująca PiS.

Jak widać, większości radnych nie przeszkadzało, że Kotarba, Flasz i Wąs mogli być wplątani w aferę z Komisją Skrutacyjną. Przeciwnie, „zbiegiem okoliczności” właśnie oni zostali wybrani do Zarządu. Czy samo to nie mówi nam wiele na temat autorstwa opisanego przeze mnie przestępstwa?

Na marginesie, pomijając wszystko inne, obecność w Zarządzie powiatu Kotarby i Flasz może dowodzić, że najwyraźniej w miejscu ich pierwotnego zatrudnienia – Urzędzie Miasta Wadowice, nie są oni zbytnio obciążeni pracą, skoro znajdują czas na obejmowanie kolejnych odpowiedzialnych stanowisk. Chyba, że ich rola w Zarządzie Powiatu polegała nie na merytorycznej pracy, ale… zabezpieczeniu interesów politycznych. I tak też chyba właśnie było.

Kandydatów na wicestarostę i pozostałych członków Zarządu zgłosiła wybrana wcześniej starostą Kramarczyk. Można powiedzieć, że był to swoisty hołd poddańczy – środowisko magistratu umożliwiło Kramarczyk objęcie funkcji starosty, ale ta musiała zaakceptować fakt, że Zarząd Powiatu znalazł się pod całkowitą kontrolą środowiska UM Wadowice i Ewy Filipiak, która de facto miała w nim aż cztery osoby od siebie zależne. Gdy później Kramarczyk zdecydowała się zerwać więzi lojalności, była w Zarządzie w zdecydowanej mniejszości.

Na przewodniczącą Komisji Zdrowia (gremium raczej dekoracyjne, łup wyborczy radnych) powołano dr Barbarę Huczyńską-Bujnicką, w moim przekonaniu również osobę zawsze lojalną wobec magistratu. Pozostałymi członkami Komisji Zdrowia zostali: Zbigniew Janosz, Stanisław Kotarba, Halina Kulbacka, Mirosław Nowak, Józefa Rychlik, Beata Wajdzik, Jolanta Wąs.

I tutaj znów nasuwa się pytanie – czym wymienione osoby kierowały się aspirując do członkostwa w Komisji Zdrowia? Czy miały pożądane ku temu kierunkowe wykształcenie i/lub użyteczne doświadczenie zawodowe w temacie rozbudowy szpitala, bo przecież było to główne wyzwanie stojące przed Komisją? Jest to oczywiście pytanie retoryczne, bo tak naprawdę większość radnych interes społeczny miała w nosie. Chodziło i nadal chodzi o załapanie się do dwóch lub trzech różnych komisji, najczęściej nie mając kompetencji do żadnej. Dzięki temu jest się aktywnym, otrzymuje się dietę radnego.

8 lat pracy w Urzędzie Miejskim w Wadowicach pozwoliło mi przekonać się, że posiedzenia komisji radnych to prawdziwy kabaret. Większość ich członków nie ma nic konstruktywnego do powiedzenia. Tak z pewnością zostało do dzisiaj i jest to pewnie zjawisko powszechne w naszym kraju.

Wracając do tematu, mam dalsze pytania. Dlaczego posiedzenia Komisji nie odbywały się w obecności ekspertów lub dlaczego Komisja nie współpracowała w innej formie z ekspertami? Dlaczego wreszcie do tej Komisji nie powołano takich radnych, dla których służba zdrowia, programowanie rozwoju, budownictwo nie byłyby nowym doświadczeniem życiowym? Inna sprawa, że podczas wyborów ani kandydaci na radnych, ani wyborcy nie biorą pod uwagę kompetencji ewentualnych przyszłych reprezentantów społeczeństwa. W następstwie tego rady powiatowe i gminne są często dekoracyjnymi gremiami, a ich „jednogłośne” uchwały są formalną akceptacją samowoli burmistrzów i starostów.

Przewodniczącym Rady Powiatowej w kadencji 2006-2010 został Zbigniew Mieszczak (członek PiS), zaś Józef Łasak wybrany został na Zastępcę Przewodniczącego. To też zresztą zaufany człowiek magistratu – radni lat 2006-2010 mówili mi, że wobec Kotarby lojalny aż „do bólu”. Ponadto, dyrektorką ZZOZ była pani Krystyna Grzesiek, od wielu lat zaufana osoba magistratu, którą z przewodniczącą Komisji Zdrowia łączą koneksje rodzinne.

Mogło się wydawać, że powstały znakomite warunki do dynamicznego rozruszania sprawy budowy pawilonu E. Zarząd Powiatu, a właściwie zasiadający w nim ludzie wadowickiego magistratu, mieli niczym nieskrępowane ręce, by rozwijać ZZOZ w Wadowicach, a w szczególności, aby zbudować pawilon E. Sprzyjało temu obsadzenie przez nich według lojalnościowego klucza wszystkich kluczowych stanowisk, łącznie z prezydium Rady oraz Komisją Zdrowia.

Nie ma więc żadnej przesady w stwierdzeniu, że za poczynania Starostwa w Wadowicach, a szczególnie za marazm i kunktatorstwo w sprawie szpitala, o których za chwilę, tak naprawdę odpowiedzialnym był właśnie wadowicki magistrat, na czele z burmistrz Ewą Filipiak. To ona poprzez swoich ludzi, z których część była nominalnie jej pracownikami, kontrolowała rozwój wypadków. Nie zmieniło się to zresztą do dzisiaj.

Marazm, długi letarg i nagłe przebudzenie

W latach 2006-2009 w sprawie budowy pawilonu E i rozwoju ZZOZ Wadowice panował marazm. Skupiona w rękach magistrackiego środowiska władza nie podejmowała żadnych konkretnych działań, a przynajmniej o niczym takim opinii publicznej nie informowano. Aż tu nagle Stanisław Kotarba zamieszcza na łamach Gazety Krakowskiej (11 sierpień 2009) artykuł pod „odkrywczym” tytułem: „Rozbudowa naszego szpitala jest konieczna”. Przebudzenie radnego Kotarby miało oczywiście związek ze zbliżającą się kampanią wyborczą i koniecznością przedłużenia piastowanego przez niego mandatu. Ze wzmiankowanego artykułu dowiadujemy się między innymi:

Wielu dawnych oponentów chętnie teraz przyznaje się do związków ze szpitalem powiatowym i jest gotowych poprzeć budowę pawilonu E. Wydawałoby się, że jest to idealny moment do rozpoczęcia nowej inwestycji, ale niestety, rzeczywistość jest znacznie bardziej prozaiczna. Wiele wskazuje na to, że zanim ruszy budowa pawilonu E będzie trzeba stoczyć nie mniej ciężką batalię, jak w wypadku pawilonu D. Projekt nowego pawilonu jeszcze nie uzyskał pozwolenia na budowę, a już pojawiają się głosy, że jest niepotrzebny, że nie ma pieniędzy na jego budowę, że ważniejsze są drogi.

Bezskutecznie pytałem, a także szukałem w prasie jakiejś wzmianki o wspomnianych przez Kotarbę „oponentach”, którzy rzekomo sprzeciwiali się budowie pawilonu E. Z kim Kotarba szykował się do stoczenia ciężkiej walki, skoro wszędzie w Starostwie miał poupychanych lojalnych sobie ludzi? Kotarba faktycznie wówczas rządził, ale na łamach prasy, jak zwykle zresztą, skarżył się na konieczność zwalczania nieokreślonych „oponentów”.

W ostatnich wyborach parlamentarnych, startując jako kandydat PO do Sejmu, też głównie się skarżył, czasem nawet przed obliczem sądu. Na szczęście tym razem wyborcy przejrzeli na oczy i właściwie ocenili polityczne zdolności kandydata. W 2009 roku było jednak inaczej. Kotarba pisał o sobie i szpitalu w taki sposób, bo chciał, aby czytelnicy przed wyborami samorządowymi dostrzegli, że mają w Powiecie bohatera, toczącego w ich interesie ciężką batalię. Przez skromność bohater nie ujawniał, z kim i o co konkretnie walczy.

Czy ktoś kiedyś miał pod adresem ZZOZ Wadowice jakieś pretensje?

W przytoczonym artykule radny Kotarba wyłuszcza zdanie: „Wszyscy narzekają na służbę zdrowia, ale nikt nie konkretyzuje swoich pretensji.”

To kolejna zastanawiająca wypowiedź radnego. Czy Kotarba „spadł z Księżyca” i nic wcześniej o ZZOZ Wadowice nie słyszał? Litania pretensji pod adresem powiatowego szpitala i przychodni specjalistycznej jest przecież długa.

Oddział rehabilitacyjny był (i jest) potwornie przeciążony, praktycznie nie spełnia swojej roli. Na zabiegi trzeba czekać w kolejce nawet pół roku. Kto potrzebujący zabiegów będzie tak długo czekał? Pacjenci korzystają więc z prywatnych gabinetów, a na oddział rehabilitacji zgłaszają się w wyznaczonych terminach, kiedy zabiegi są już im często zbyteczne. Kolejka do lekarzy specjalistów też wynosiła i nadal wynosi często prawie rok. Zresztą, w wadowickim ZZOZ nie było i nie ma lekarzy wielu niezbędnych specjalności, np. urologa (choćby dla potrzebujących kilkunastu tysięcy panów po pięćdziesiątce, choć nie tylko). Tak można wymieniać bez końca. Kotarba o tym wszystkim nie wiedział?

Należy jedynie ubolewać, że z woli wyborców radny Kotarba wciąż ma okazję do kontynuacji czegoś, co w moim przekonaniu jest zwykłym politycznym mąceniem, choć w kontekście wyborów, przynajmniej do tej pory, skutecznym. Oto aktualny przykład. Jak podaje portal Wadowice24.pl, w trakcie sesji Rady Powiatu Wadowice w dniu 21 listopada br. radny Kotarba stwierdził:

To długo oczekiwany przełom. Pawilon E jest niezbędny dla obsługi pawilonu D, w którym mieści się oddział ratownictwa, a wkrótce powstanie nowoczesny blok operacyjny. Osobiście cieszę się, że po latach walki i sporów z przeciwnikami rozbudowy szpitala wreszcie ta inwestycja ruszy. Mam nadzieję, że nikt teraz tego wysiłku nie zdoła już zahamować. 

I znów motyw walki. Z kim pan walczy, panie Kotarba? Co naszej społeczności przyniosło 21 lat Pańskich niewątpliwie heroicznych zmagań? Co przyniosło Panu doskonale wiemy. Ciągłe mówienie o walce miało jedynie przykryć fakt nieudolności Kotarby i jego podwładnych w realizacji ważnej dla mieszkańców powiatu inwestycji.

Opozycja prosi Kotarbę o realizację buńczucznych obietnic i zapowiedzi

18 października 2009 roku radny Józef Most, opozycyjny względem rządzącego w Powiecie układu, w piśmie adresowanym do dr Barbary Huczyńskiej-Bujnickiej, przewodniczącej Komisji Zdrowia i Spraw Społecznych, pisze między innymi:

W sierpniu 2006 r. przyjęta zostaje uchwała nr XLIII/320/06 o niezwłocznym przystąpieniu do budowy jakże potrzebnego pawilonu E (w uchwale radni zobowiązali Zarząd Powiatu do budowy pawilonu E i podjęcia działań zmierzających do pozyskania na ten cel środków z Unii Europejskiej – dopisek mój). Minęły już 3 lata, a Powiat zdołał jedynie przygotować projekt budowlany niezgodny z koncepcją. Gdzie była i jest Komisja Zdrowia, która zobowiązana jest do kontroli i nadzoru nad działaniami Zarządu i jednostek podległych? Okazuje się, że nie tylko kierowana przez panią Komisja, ale przede wszystkim Zarząd Powiatu wykazał się bezczynnością i brakiem jakiegokolwiek nadzoru nad priorytetową inwestycją powiatową. Także Społeczna Rada ZZOZ (do pracy której nie dopuściła Rada Powiatu Wadowickiego) była obojętna w tym jakże ważnym zagadnieniu. …..Zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia Komisji Zdrowia w dniu 12 października br. jest spóźnionym działaniem przynajmniej o rok.

Informuję przy tym, że wyżej wymieniona Społeczna Rada ZZOZ składała się z 15 członków. Rada Powiatu desygnowała do niej 6 swoich przedstawicieli, ale w ich gronie nie znaleźli się żadni radni w opozycji względem magistrackiego środowiska.

14 grudnia 2009 w piśmie adresowanym do Przewodniczącego Rady Powiatu Wadowickiego radny Mlost pisze:

Na Komisji Statutowo-Budżetowej w dniu 27 listopada 2009 r. złożyłem wniosek o przygotowanie przez Zarząd Powiatu uchwały określającej harmonogram prac i działań związanych z realizacją Pawilonu E szpitala powiatowego oraz wskazanie Pana Stanisława Kotarby do nadzoru nad jej wykonaniem i składaniem informacji radnym na każdej sesji z jej realizacji, lecz na dzisiejszą sesję takiej uchwały nie ma w programie. Dlatego składam zapytanie, czy na następną sesję RPW Zarząd przygotuje taki projekt? Harmonogram winien obejmować okres od daty uzyskanego pozwolenia na budowę z października 2009 roku, aż do chwili oddania tego obiektu do użytkowania. Taki dokument byłby wiarygodnym testem pragnienia wybudowania pawilonu E przez Zarząd Powiatu, a szczególnie członka tego Zarządu Pana Stanisława Kotarbę. Przecież tenże radny pod koniec drugiej kadencji Rady w sierpniu 2006 r. wymusił na sesji Rady Powiatu uchwałę o natychmiastowym przystąpieniu do budowy pawilonu E (zbliżały się wybory samorządowe, a więc Kotarba stał się w sprawie szpitala aktywny – mój dopisek i podkreślenie), a obecnie mija już ponad 3 lata tej kadencji i realizacja jest pod znakiem zapytania. Tenże radny widział w nas wrogów (po lewej stronie Rady) przy planach budowy, a obecnie wśród nas zbiera podpisy pod wnioskiem o przyjęcie w budżecie kwoty 9,5 mln złotych. Czyż w „swoim”gronie 17 radnych Pan Stanisław Kotarba ma przeciwników?

Niezgoda w Zarządzie Starostwa

Pytanie Mlosta nie było zabiegiem retorycznym. Na przełomie 2009/2010 roku zaczynają przeciekać informacje o pojawiającej się niezgodzie w harmonijnie dotychczas pracującym (czy aby na pewno „pracującym”?) Zarządzie Powiatu. Trzeba zapłacić ponad 850 000 zł za projekt pawilonu szpitalnego E wykonany na zlecenie dyrekcji ZZOZ. Projekt opiewa na siedem kondygnacji, a realizację molocha wyceniono na 114 mln zł. Projekt ten stał się przysłowiową „kością niezgody”.

Starościna Kramarczyk utrzymywała, że dyrektorka ZZOZ – Krystyna Grzesiek wykroczyła poza ramy udzielonego jej pełnomocnictwa, a Starostwo mogło uzbierać najwyżej nieco ponad 40 milionów złotych na budowę pawilonu E. Projekt zlecony przez Grzesiek był po prostu fizycznie niemożliwy do realizacji. W obronie dyrektorki Grzesiek stanęli jednak magistraccy członkowie Zarządu Powiatu: Kotarba, Flasz, Nowak. Informowały o tym kolejne numery Gazety Krakowskiej (z dnia 22 luty 2010, 25 luty 2010, 3 marzec 2010). Pani Jolanta Wąs, piąty członek Zarządu, przyjęła postawę wyczekującą i wstrzymywała się od głosu.

Nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób można było snuć plany inwestycyjne na kwotę 114 mln zł, wcześniej w ogóle nie dokonując sensownego rozeznania, co do możliwości pozyskania środków finansowych z różnorakich źródeł (UE, Ministerstwo Zdrowia, Wojewoda Małopolski, Marszałek Województwa Małopolskiego itp). Gdyby takie starania podjęto, a w ostatniej chwili deklarujący wcześniej wsparcie finansowe wycofali się ze złożonych obietnic, w sytuacji zaostrzającego się konfliktu lobbyści 7-mio kondygnacyjnego pawilonu E z pewnością poinformowaliby o tym opinię publiczną. Nic takiego nie nastąpiło, co pozwala sądzić, że pawilon E budowano niczym zamek z piasku, kompletnie nieodpowiedzialnie, rękami niekompetentnych osób. W tej mierze nic się nie zmieniło od 1990 roku.

W efekcie powstała sytuacja, w której nie tylko Starostwo nie dysponowało możliwym do realizacji projektem nowego pawilonu, ale musiało zapłacić za sporządzony już, utopijny projekt. W dodatku w łonie Zarządu Powiatu doszło do rozłamu. Starosta Kramarczyk nie mogła zgodzić się na realizację 7–mio kondygnacyjnej lecznicy wg. zamiarów dyrekcji ZZOZ, środowisko magistratu wadowickiego projekt ten wspierało. Kramarczyk zawarła więc nową koalicję w Radzie Powiatu, w następstwie czego Zarząd opuścili Kotarba i Flasz. Wcześniej Mirosław Nowak został odwołany z Zarządu przez Radę. Wpływy Filipiak i jej ekipy wydawały się słabnąć. Tylko co z tego, skoro szpitala nadal nie było?

Jest katastrofa, winni powinni się znaleźć

Postawmy pytanie: czy klęski projektu rozbudowy szpitala powiatowego w latach 2006-10 winni są tylko ci, którzy popierali budowę pawilonu za 114 mln zł, blokując przy okazji rozpoczęcie budowy mniejszego pawilonu, do czego skłaniał się zrekonstruowany po wyrzuceniu ludzi magistratu Zarząd Powiatu? Odpowiedź nie jest prosta.

Otóż, ani Prokuratura, ani Regionalna Izba Obrachunkowa, ani Rzecznik Dyscypliny Finansów Publicznych nie uznali zarzutów starościny Kramarczyk za zasadne. Kramarczyk podnosiła, że Grzesiek, działając bez upoważnienia i naruszając jednocześnie przepisy ustawy odnośnie zamówień publicznych, doprowadziła do: zmiany przedmiotu zamówienia, przyjęła opracowany przez wykonawcę, niezgodny z upoważnieniem projekt budowlany, nie wniosła do projektu zastrzeżeń.

Znane niemieckie przysłowie mówi: „Sechs und sechzig Professoren und die Sache ist verloren” (gdy 66 uczonych zabierze się za załatwienie jakiejś sprawy, to zostanie ona rozłożona na łopatki). Rady Miejskie, Powiatowe, kolejne składy Zarządu Powiatu, kolejne Komisje Zdrowia od 1990 r. zajmują się sprawą rozwoju, a właściwie przetrwania lecznictwa szpitalnego w Wadowicach. Nawet, jeżeli na tak kluczowe stanowiska, jak dyrektor ZZOZ czy starosta powoływane są osoby według klucza partyjnego, a nie kompetencji, to czy nie można było po prostu powołać odpowiedniego pełnomocnika – osobę dynamiczną i kompetentną, która wiedziałaby, jak problem ugryźć?

Przeprowadzony ostatnio w ZZOZ audyt zakończył się wnioskiem, że ZZOZ jest „zarządzany przez chaos”. Dużo mówiono o tym 19 września 2011 na sesji Rady Powiatu. Ale wcześniej ani radni, w tym „wielki budowniczy” Kotarba czy obecny starosta Jacek Jończyk (w poprzedniej kadencji członek Komisji Rewizyjnej!), ani członkowie Zarządu, czy przewodnicząca Komisji Zdrowia dr Huczyńską-Bujnicka, niczego nie dostrzegali. Chaosu i błędów w zarządzaniu i funkcjonowaniu lecznicy nie widzieli, w przeciwieństwie do wielu mieszkańców Wadowic i pracowników ZZOZ. Jak wytłumaczyć to przedziwne zaślepienie lokalnych polityków?

Jak na ironię, jedyną osobą, która poniosła odpowiedzialność za sytuację ZZOZ Wadowice jest dr Tadeusz Czopek, dyrektor ZZOZ przez 4 miesiące i to w czasie, kiedy „mleko dawno już było rozlane”. Służę stosownymi dowodami. Kiedy Czopek rozpoczął swoje bardzo krótkie dyrektorowanie to katastrofa spowodowana „zarządzaniem przez chaos” była tak głęboka, że sam niewiele mógł już zepsuć, choćby bardzo chciał. Ale to na Czopku, a zwłaszcza jego kontrakcie menażerskim, skupiono uwagę opinii publicznej. Dla wszystkich wymienionych przeze mnie powyżej odpowiedzialnych było to bardzo wygodne. Wrócę do tego tematu w kolejnych odcinkach.

Radni opozycji bezskutecznie próbują zmusić Zarząd Powiatu do działania

Znów oddaję głos radnemu powiatowemu Józefowi Mlostowi, który 28 kwietnia 2010 roku w piśmie adresowanym do przewodniczącego Rady Powiatu i do Zarządu Powiatu, proponował:

(…) powołanie pana Mirosława Nowaka na stanowisko „koordynatora budowy pawilonu E za 45 milionów zł z wykończeniem pod klucz”, zaś radnych Stanisława Kotarbę i Józefa Łasaka na asystentów. 

Uzasadniał to następująco:

W czerwcu 2009 r. Starostwo otrzymało dokumentację pawilonu E. Radni nie otrzymali żadnej informacji pisemnej o parametrach tego szpitala i i zakładanych kosztach. Radni M. Nowak i S. Kotarba spokojnie „spali” aż do czasu odwołania wicestarosty. Po 9 miesiącach radny M. Nowak przedstawia kosztorys na 41 milionów za pawilon 7 kondygnacyjny, czyli o 2/3 zaniżony koszt. To czysty szarlatanizm (podkreślenie moje – BK). Jeżeli radny M. Nowak i S. Kotarba są przekonani o możliwości wybudowania pawilonu E w wersji 7 kondygnacji za 41 milionów zł to należy Im powierzyć to zadanie z pełnymi konsekwencjami finansowymi. Może z ust tych Panów zniknie polityka w najgorszym wydaniu.

Radny Mlost pisał również:

Podstawowy i zasadniczy problem natychmiastowej budowy pawilonu E został zmarnotrawiony przez Pana S. Kotarbę. Ten radny na zakończenie II kadencji Rady Powiatu Wadowickiego wprowadził tą słynną uchwałę (wspomniana już wcześniej uchwała nr XLIII/320/06 z dnia 28.08.2006 r. – dopisek i podkreślenia moje). Po roku jej obowiązywania złożyłem zapytanie w dniu 7 sierpnia 2007 r. Odpowiedź była godna zainteresowania radnego S. Kotarby – nie poczyniono żadnych działań – kserokopie w załączeniu do mojego wystąpienia.

Na XIX sesji RPW w dniu 15 września 2008r. i XXVI sesji RPW w dniu 20 kwietnia 2009 r. przedstawiłem tragiczny obraz nieudolności i zaniedbań całego Zarządu Powiatu, a szczególnie S. Kotarby i M. Nowaka w zakresie pilnej potrzeby rozpoczęcia projektowania i budowy tego pawilonu szpitalnego – kserokopia w załączeniu. Smutnym obrazem pracy tych panów jest fakt, że Wysoka Rada do tej pory nie zna odpowiedzialnego za odmienne zaprojektowanie pawilonu z 5 na 7 kondygnacji, a przecież te decyzje zapadły w Zarządzie Powiatu.

Na zakończenie 

Sprawa budowy pawilonu E stanowi symbol niekompetencji lokalnych polityków, a już zwłaszcza środowiska wadowickiego magistratu, skupionego wokół burmistrz Ewy Filipiak. To środowisko odpowiedzialne było za pierwsze błędne posunięcia w sprawie szpitala we wczesnych latach 90-tych, które zaważyły na dalszych jego losach. Grano wówczas „pod siebie” i kierowano się doraźnym interesem własnej ekipy próbującej przejąć wszystkie kluczowe stanowiska w mieście. W efekcie, ekipa Filipiak i Kotarby przejęła też sterowanie w Powiecie i to do tego stopnia, że pracownicy burmistrz Wadowic zdominowali Zarząd Powiatu w kadencji 2006-10 i powiatową politykę.

Powyżej opisałem, jakie były tego skutki. Posunięto się do fałszerstw wyborczych, a w sprawie szpitala zapanował chaos, którego symbolem stał się utopijny projekt 7-mio kondygnacyjnego molocha, od którego odżegnują się teraz wszyscy. Obecnie starostwo przedstawiło kolejny projekt, za który znów trzeba było zapłacić. Czy nie jest to niegospodarność w czystej postaci? Tymczasem zaciska się pętla wymagań wynikających z unijnych i innych międzynarodowych standardów. ZZOZ Wadowice grozi katastrofa.

W dzisiejszej rzeczywistości nie ma miejsca na amatorszczyznę, a czasy domorosłych polityków oraz „czynnika ludowego” odchodzą w przeszłość. Ferajna Filipiakowej gromadziła wokół siebie ludzi według klucza lojalności i posłuszeństwa, a nie kompetencji. Dzięki temu jej interesy miały i mają się świetnie, ale ceną za to jest dramat wadowickiego lecznictwa, którego wszyscy jako mieszkańcy doświadczamy. To za sprawą „ferajny” czołową rolę w sprawie rozwoju ZZOZ odegrały osoby bez poważniejszego doświadczenia w pracy zawodowej. Polityka w ich wydaniu ograniczała się do uciekania od odpowiedzialności i walki o stołki. Pokazują to przytoczone przeze mnie fakty i fragmenty wystąpień.

Zarówno w powiecie, jak i gminie Wadowice władzę sprawują te same osoby, z tym samym skutkiem. Świadczy o tym zarówno słaba pozycja Gminy Wadowice w różnorakich rankingach, jak i stopień realizacji głównego wyzwania postawionego przed Powiatem, czyli zadania utrzymania i rozwoju wadowickiego lecznictwa. W tej sytuacji za kluczowe uważam pytanie, czy rządy Kotarby, Filipiak i pozostałych członków tego środowiska zostaną przerwane? Bez tego z pewnością nie ma szans na poprawę sytuacji służby zdrowia w powiecie.

Niestety, nie widać, aby społeczeństwo Wadowic miało się przebudzić z letargu. A już zwłaszcza, że jest on podsycany manifestowanym na każdym kroku oddaniem osobie Jana Pawła II i innymi górnolotnymi hasłami, służącymi za listek figowy skrywający niekompetencję i prywatę. A przecież noszący imię Papieża wadowicki szpital oferuje usługi, których jakość uwłacza osobie błogosławionego. W ten sposób lokalna polityka wplątuje w swoje brudne gierki osobę wybitnego Polaka i mieszkańca naszego miasta, kalając pamięć o niej.

Zbigniew Janosz, następca odwołanego ze stanowiska wicestarosty Nowaka, w 2010 roku ponownie zlecił opracowanie studium rozbudowy szpitala. Przedstawiciel biura projektowego z Katowic na sesji Rady Powiatu przedstawił wstępny projekt: 3 kondygnacje za 23 mln złotych. Podobne opinie formułowali zaproszeni eksperci na sesji Rady Powiatu w dniu 19 września 2011 r., czyli już w czasie trwania obecnej kadencji. W tym świetle lansowany przez radnego Kotarbę i spółkę pomysł budowy 7-mio kondygnacyjnego pawilonu był fatalny. Niestety, wizja monumentalnej rozbudowy działała na wyobraźnię zwłaszcza tych, którzy finansowymi drobiazgami się nie zajmowali. Na tym koniu jechano od wyborów do wyborów. Nawet proboszcz Jakub Gil w kazaniu w 2010 r. wskazywał na potrzebę budowy aż 7 kondygnacji szpitalnych, bo tylko taki obiekt godny jest papieskiego miasta w XXI wieku.

Jak widać, magistrackie lobby liczyć może na solidne wsparcie z różnych kierunków. W działalności gospodarczej wymagana jest jednak przede wszystkim zimna kalkulacja, zwłaszcza, jeżeli rzecz dotyczy pieniędzy publicznych i opieki zdrowotnej.

Tego właśnie w przypadku wadowickiego szpitala zabrakło i chyba nadal brakuje. Wygrała polityka w najgorszym stylu. Czy pieniądze wydawane na utrzymywanie takiego samorządu, jak opisany powyżej, nie są po prosu pieniędzmi wyrzucanymi w błoto?

mgr inż. Bolesław Kot

PS. I jeszcze jedno. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego nadal, po wielu latach, nie usunięto ze ścian i dachu przychodni zdrowia (sic!) eternitu, którego głównym komponentem jest śmiercionośny azbest. Łatwo można było uzyskać na to środki unijne, ale nawet tak podstawową sprawę zupełnie zaniedbano.