Kandydat Kotarba – wspomnienie blamażu

Takiego go zapamiętamy. Zwłaszcza, że Kotarba po publikacji tego zdjęcia udał się do sądu, twierdząc, że jest „brzydkie” i został nim „poniżony”. (fot. M. Bando)

W pamiętnej kampanii wyborczej do Sejmu (jesień 2011 roku) układ samorządowy skupiony wokół Ewy Filipiak wystawił aż dwóch własnych kandydatów – Stanisława Kotarbę, przewodniczącego Powiatowej PO oraz Filipa Kaczyńskiego, syna miejskiej urzędniczki z „politycznym” nazwiskiem. Pierwszy kandydował z listy PO, drugi naturalnie z PiS. Kampania Kotarby była spektakularna i zakończyła się spektakularną klęską. Powspominajmy.

Uchodził za głównego politycznego rozgrywającego w powiecie. To jemu stanowiska mieli zawdzięczać kolejni starostowie, a z pewnością urzędująca nieprzerwanie od 20 lat burmistrz Wadowic. Choć zwykle chowa się w cieniu innych, aby za nic nie ponosić odpowiedzialności, jesienią 2011 roku Kotarba postanowił… zostać posłem. Wkrótce miało się okazać, że stał się jednym z największych przegranych wyborów, a przy okazji wyborcom pokazał wreszcie swoją prawdziwą twarz. Nie tylko na plakatach.

Start w wyborach miał być dla Stanisława Kotarby przepustką do ogólnopolskiej kariery politycznej. Przed wyborami krążyła nawet zabawna plotka, że przymierzany jest on na stanowisko ministerialne. Kotarba z trudem nadawałby się na ministranta, ale plotkę powtarzano z uporem, co zdaje się świadczyć, że rozpuszczał ją sam zainteresowany. Rzeczywistość dość brutalnie ją zweryfikowała. Kotarba startował z 4 miejsca listy PO, co niewątpliwie świadczyło o jego wysokiej pozycji w regionie i władzach partii. Tak wysokie miejsce dawało mu w praktyce mandat. Trzeba było nie lada talentu, aby szansę tę zmarnować. Kotarba stanął jednak na wysokości zadania i zdobył… jedynie 2700 głosów w całym okręgu wyborczym nr 12. Biorąc pod uwagę liczbę plakatów, billboardów, skalę promocji (był to chyba najbardziej reklamowany kandydat w okręgu), o ambicjach nie wspominając, osiągnięty wynik należy uznać za rekordowy. Zwłaszcza, że w Powiecie Wadowickim, w którym Kotarba jest radnym powiatowym, zasiada w prezydium Rady Powiatu, a w poprzedniej kadencji był nawet członkiem Zarządu, kandydat otrzymał niewiele ponad 2100 głosów. Uzyskał więc poparcie porównywalne z kandydatami PO, którzy wcale nie prowadzili kampanii. Śmiało można zaryzykować tezę, że po przeliczeniu zainwestowanych pieniędzy na głosy Kotarba to największy przegrany ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce.

Ale wynik wyborczy to nie wszystko. Co ważniejsze, wyborcy – dość nieoczekiwanie – uzyskali możliwość dokładniejszego poznania, znanego głównie z wolt politycznych, zakulisowych rozgrywek i zagadkowych wypowiedzi, szefa powiatowej struktury PO w Wadowicach.

 „Uczciwość i Odwaga”

Zaczęło się od haseł. Redakcja Gazety Krakowskiej pokusiła się o ocenę sloganów wyborczych wybranych kandydatów z Małopolski. Oceny dokonali eksperci zajmujący się analizą języka polityki: dr hab. Wojciech Kajtoch (medioznawca z UJ) oraz Eryk Mistewicz (konsultant polityczny). Okazała się ona dla Stanisława Kotarby druzgocąca. Jego wyborcze hasło: „uczciwość i odwaga”, uznano za pozbawione treści i… niewiarygodne. Nieudana była też ulotka wyborcza kandydata, którą – co ciekawe – po skrzynkach pocztowych roznosili nawet uzależnieni od Kotarby radni miejscy czy dyrektorzy powiatowych szkół. Dowodziło to stopnia determinacji i zaangażowania miejscowego układu władzy w kampanię Kotarby, który zagonił do roboty wszystkich swoich „żołnierzy”.

W ulotce Kotarba przekonywał, że ma wyborcom do zaproponowania… swoją przyjaźń. Szczegóły projektu PRZYJAZNY POSEŁ, jak nazwał go Kotarba, nie zostały podane, ale projekt miał być „unikalny”Kotarba pisał: „życie się staje się szybsze i każdy z nas potrzebuje człowieka, który poda przyjacielską dłoń”. Tym człowiekiem miał być właśnie on – organizator papieskich pielgrzymek do Wadowic. Kotarba oczywiście żadnych pielgrzymek nie organizował. Ale, jak obiecywał, sam miał stanowić „nową jakość w polityce”. O tej „jakości” mieszkańcy Wadowic wkrótce przekonali się na własnej skórze.

Tymczasem, wyglądało na to, że Wadowiczanie odwzajemniają ciepłe uczucia do kandydata. Banery i plakaty Kotarby zawisły niemal na każdym płocie i w każdym oknie. Zbigniew Jurczak, działacz lokalny, korzeniami w „Solidarności”, porównał sytuację do mrocznych czasów stalinowskich, kiedy podobne portrety „wodza” znaleźć można było również w każdym oknie. Wtedy też nie chodziło, wbrew pozorom, o przyjaźń.  Lokalny układ władzy, którego oficjalnym reprezentantem w wyborach był Kotarba, jest na tyle silny i bezwzględny, że mieszkańcy zwyczajnie bali się odmawiać. Kto nie powiesił plakatów Kotarby z gruzińskim wąsem, ten musiał liczyć się z konsekwencjami. Przykładem jest córka właścicielki jednego z barów, który reklamował kandydatów SLD. Ją zwolniono z pracy (więcej tutaj), a burmistrz wypowiedziała dzierżawę ogródka matce (więcej tutaj). Nic więc dziwnego, że wieszaniu materiałów reklamowych przyszłego posła towarzyszyły różnego rodzaju podskórne napięcia i naciski. Powtarzały się przypadki niszczenia banerów wyborczych, co nie spotykało innych, bardziej, wydawałoby się, kontrowersyjnych kandydatów w okręgu. W istocie jednak każdy rozklejony plakat Kotarby więcej szkodził jego kampanii, niż mu pomagał. Pomijając nieszczere hasła, wyglądający niemal zza każdego krzaka Kotarba  był raczej przedmiotem kpin. 

Oprócz ofensywy ulotkowej i plakatowej, kandydat prowadził intensywną kampanię w Internecie. Wspierał go Marcin Płaszczyca, etatowy doradca burmistrz, odpowiadający za „front medialny”. Na portalu, którego jest właścicielem, niemal pod każdym tekstem ukazywały się przezabawne komentarze wychwalające kandydata jako prawdziwego patriotę, pogromcę komunistów, drugiego Jana Pawła II. Z jedną różnicą – nowy papież urodził się i wychował w Nowej Hucie. Patetyczna poetyka komentarzy wskazuje, że najprawdopodobniej pisał je sam zainteresowany.

Słynny „czarny profil na czerwonym tle”, który zdaniem Kotarby podważał jego wiarygodność jako kandydata na posła.

 100% pozwów wyborczych

Jednak to nie wizerunek z ulotek i plakatów, czy obietnice unikalnej przyjaźni zaszkodziły szefowi wadowickiej PO najbardziej. Gwoździem do trumny wyborczych planów okazał się… sam kandydat. Obiecujący przyjaźń Kotarba ostatnie tygodnie kampanii poświęcił… ściganiu za pomocą sądów swoich krytyków oraz publicznemu wygrażaniu mieszkańcom Wadowic.

Kotarba ustanowił swoisty rekord – uczestniczył niemal we wszystkich procesach, jakie w trybie wyborczym odbywały się w Małopolsce. Najpierw sam pozywał, potem był pozywany. Zaczęło się od dr Mateusza Klinowskiego, radnego miejskiego, którego Kotarba sam umieścił w wyborach samorządowych na listach „Wspólnego Domu”, czyli kontrolowanego przez siebie komitetu wyborczego burmistrz Filipiak. Klinowski dobrze poznał metody działania Kotarby i opisał je w tekście opublikowanym na jednym z lokalnych portali. Tekst „Stanisław Kotarba wychodzi z cienia” cieszył się ogromną popularnością, przeczytało go kilka tysięcy osób. Klinowski zebrał tam znane wtajemniczonym fakty – głównie polityczne manipulacje Kotarby i działanie na szkodę partii PO, z której list pragnął zostać posłem. Było też o tym, że kandydat, zamiast polemizować ze swoimi krytykami, wykorzystuje sądy, aby ich uciszać i zastraszać. Kotarba uznał te oceny za nieuprawnione i… udał się do sądu.

Kotarba walczy o prawdę

W pozwie złożonym w tzw. „trybie wyborczym” w Sądzie Okręgowym w Krakowie Kotarba twierdził, że wcale nie działa na szkodę PO, ani też nie działa w „jakimś układzie”. Za „oburzające” uznał informacje, że steruje lokalną polityką z tylnego siedzenia, czy że „ustala członków list wyborczych” – jak sam napisał. Dlaczego? Bo każda partia ma mechanizmy, które wykluczają możliwość jednoosobowego decydowania o składach listy – wyjaśniał. Skąd więc na liście „Wspólnego Domu” znalazł się Klinowski? Na to pytanie nie odpowiedział. Sądowi zdradził jednak kulisy powstawania list PO. Po pierwsze – oświadczył – nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, że niektórzy członkowie PO przeszli do innych komitetów wyborczych, co jest powszechną praktyką, nad którą ubolewa. Ordynacja wyborcza spowodowała też, że komitety „nie grymasiły i zgadzały się na przypadkowych kandydatów”. Niestety, Kotarba nie wskazał, którzy kandydaci na układanych przez niego listach byli „przypadkowi”Faktem za to jest, że umieszczeni wysoko na listach PO faworyci Kotarby w wielu przypadkach ponosili sromotne klęski (więcej tutaj). Przykładem był Piotr Hajnosz startujący bez sukcesu z pierwszego miejsca na liście PO. 

Sporo miejsca w pozwie Kotarba poświecił swoim rzekomym zasługom w rozbudowie Szpitala Powiatowego. Najważniejszą z nich okazało się… prowadzenie kampanii na rzecz rozbudowy szpitala, „nie szczędząc sił i czasu” by udaremnić „próby blokowania rozbudowy szpitala przez przeciwników”. Nazwisk swoich odwiecznych przeciwników znów nie zdradził (zainteresowani epicką walką Kotarby o szpital znajdą więcej informacji tutaj). Kotarba miał również doprowadzić do budowy pawilonu D, w którym mieści się SOR. Dowodem na to był…Srebrny Krzyż zasługi z 2007 roku i… „rezygnacja ze funkcji w zarządzie powiatu z dnia 31.03.2010 roku”. Trudno zrozumieć ten związek. 

Kotarba umieścił swoje plakaty nawet w gablocie parafialnej z Janem Pawłem II, ale przed sądem twierdził, że się z nim nie porównuje.

Zabawne, ale Kotarbę poruszyło nawet to, że ilustracją tekstu Klinowskiego był jego „czarny profil na czerwonym tle”, co miało podważać wiarygodność Kotarby jako kandydata na posła. Kłamstwem miało być również to, że Kotarba jest porównywany w Wadowicach do Jana Pawła II, co z kolei miało go „ośmieszać i mu szkodzić”. Niesamowite, ale dowodem na prawdziwość tych zarzutów miałyby być… zeznania Ewy Filipiak, burmistrz Wadowic i Lesława Makucha, zaufanego prezesa gminnej spółki EKO. Czy mieli oni zeznawać, że Kotarba nie jest Papieżem? Tego się już nie dowiemy. Przejdźmy teraz do dwóch najciekawszych zarzutów z pozwu.

Fabrykował oskarżenia

Kotarba przed sądem twierdził, że żadnych oskarżeń pod adresem swoich przeciwników nie fabrykował, a już na pewno nie zarzucał Robertowi Szkutnikowi, kandydatowi w wyborach na fotel burmistrza, „fałszowania list wyborczych oraz podszywania się pod PO”. Zupełnie inaczej mówił jednak w 2010 roku na antenie Radio Kraków, gdzie powiedział: „mam takie podejrzenia i jeżeli to się potwierdzi, byłoby to skandalem na dużą skalę”. Jak łatwo się domyślić, także sam pozew przeciwko Klinowskiemu, pełen niezbitych dowodów i wiarygodnych świadków w osobach Filipiak i Makucha, miał być jedynie dowodem, że Kotarba nie fabrykuje oskarżeń pod adresem swoich politycznych przeciwników.

Na potrzeby wyborów Kotarba okazał się mieć też nowy życiorys . Źródło: Edward Wyroba.

Opozycjonista po latach

Sfabrykowany okazał się za to dokument, którym przed krakowskim sądem Kotarba posłużył się, aby udowodnić, że był opozycjonistą. Sprawa ta stanowiła  marginalny wątek tekstu Klinowskiego, ale akurat to wydawało się dla Kotarby najważniejsze. Może dlatego, że wszedł on w posiadanie oświadczenia Mieczysława Gila, senatora PiS, z którego wynikało, że w latach stanu wojennego znacząco pomagał opozycji.  Oświadczenie to było o tyle zaskakujące, że dziesięć lat wcześniej, na mocy innego sądowego wyroku, Kotarba zmuszony został szczegółowo przedstawić wyborcom swój życiorys. Miejscowi dziennikarze pytali wówczas publicznie, czy w czasach PRL był on „cinkciarzem spod PEWEX’u, czy uczciwym obywatelem”. Wówczas, we własnoręcznie napisanym przez Kotarbę resume nie znalazły się żadne informacje na temat opozycyjnej przeszłości. Po latach jednak kandydat na posła o opozycyjnej przeszłości sobie przypomniał. W kampanii wyborczej.

Kilka osób, w tym radny Zbigniew Jurczak czy Edward Wyroba (ówcześni działacze opozycji solidarnościowej), publicznie ogłosiły, że oświadczenie Gila nie jest prawdziwe, a Kotarba wykorzystał dawnego opozycjonistę do wystawienia sobie laurki za zasługi, których nigdy nie miał. Kotarba zatem okłamał sąd (więcej tutaj). Kandydat do tych oświadczeń i sprzeczności we własnym życiorysie do tej pory się nie ustosunkował – ani w czasie kampanii, ani też po jej zakończeniu.

W wyniku pozwu Klinowski usunął swoją publikację i przeprosił Kotarbę za odmówienie mu opozycyjnych zasług. A właściwie za użycie w stosunku do Kotarby słów, którymi kiedyś raczył on pomówić Bolesława Kota. Kotarba uczynił to na potrzeby wyborów, a z Kotem procesował się do końca, czyli swojej przegranej w dwóch instancjach (więcej tutaj). Klinowski w istocie przepraszał więc za własne słowa Kotarby sprzed lat, a podstawą tego był sfałszowany życiorys kandydata PO! W ten oto sposób Kotarba bronił dobrego imienia. Po raz pierwszy.

Kolejne pozwy

Nie minął tydzień, a Kotarba znów gnał do sądu. Tym razem w godność przyszłego uderzył plakat informujący o pikiecie protestacyjnej przeciwko niegospodarności i łamaniu prawa przez burmistrz Ewę Filipiak, Zdzisława Szczura i bezradności części uzależnionych od nich radnych. Klinowski przyłapał Kotarbę na zrywaniu plakatu pikiety. W odwecie, bojąc się pewnie ewentualnej odpowiedzialności karnej, Kotarba postanowił oskarżyć go o rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji na tym właśnie plakacie. Kolejny proces w „trybie wyborczym” okazał się być kpiną z wymiaru sprawiedliwości.

Plakat z drutem kolczastym, za który sąd nakazał przeprosić Kotarbę

Kotarba z premedytacją złożył swój pozew dzień przed planowaną demonstracją, licząc na pokrzyżowanie planów organizatorom (Klinowski był jednym z nich). Specyfika „trybu wyborczego” wymaga, aby sprawa zakończyła się 24 godziny od zawiadomienia sądu. Klinowski w sądzie jednak się nie stawił, a demonstracja obyła się zgodnie z planem. Kilka dni później sąd uznał jednak winę Klinowskiego. Plakat przedstawiał logo stowarzyszenia – druk kolczasty – na którego tle znajdował się również niepodpisany wizerunek rzecznika wadowickiego samorządu. Sędzia uznał, że plakat pikiety jest materiałem wyborczym w kampanii do Sejmu, a drut kolczasty zestawiony z twarzą Kotarby przekazuje fałszywe informacje na temat kandydata na posła. Nakazał więc przeprosiny, choć przyjął, że Klinowski działał w słusznym interesie publicznym, a więc nie uwzględnił dalszych żądań Kotarby (zapłaty nawiązki w wysokości 10 tys. zł). Ten pozornie salomonowy wyrok Klinowski zaskarżył do Sądu Apelacyjnego i… przegrał. Kotarba triumfował.

Wyrok, jak łatwo się zorientować, wydano z naruszeniem prawa i zdrowego rozsądku, ale dla rozwoju wypadków wyborczych nie miało to znaczenia. Klinowski zaskarżył później całe postępowanie do Trybunału Konstytucyjnego i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, twierdząc, że w ogóle nie powinien być w trybie wyborczym pozywany, a już na pewno nie skazany za prostowanie grafiki plakatu nie mającego żadnego związku z wyborami. Oba postępowania jeszcze się toczą.

Kotarba rozwieszał swoje billboardy na drutach kolczastych, dokładnie takich, za jakie skarżył innych.

„Nie bardzo ich znałem”

Nie ulega wątpliwości, że Kotarbie nie chodziło wcale o prostowanie informacji na swój temat. Głównym celem było nękanie krytyków przy użyciu „trybu wyborczego”, z dr Klinowskim na czele. Klinowski podnosił, że pozwy, które w ekspresowym tempie kieruje pod jego adresem do sądu Kotarba, mają wyłącznie odwrócić uwagę od poważnych zarzutów, jakie ciążą na samorządzie i stanowią swoistą karę za brak pobłażania dla łamania prawa przez burmistrz Ewę Filipiak czy przewodniczącego RM Zdzisława Szczura.

Trudno się z tym argumentem nie zgodzić, zwłaszcza, że Kotarba formalnie jest podwładnym Filipiak, a ta na rozprawach z Klinowskim zawsze była obecna. To ona mogła być w rzeczywistości inspiratorką nękania krytykującego ją radnego przez szefa lokalnej PO.

Kotarba oskarżał Klinowskiego o umieszczenie wizerunku na tle drutu kolczastego, co miało wysyłać do wyborców sygnał, że kandydat na posła jest przestępcą. Przed sądem Kotarba wyjaśniał, że drut na plakacie przypominał „więzienne ogrodzenie”, bo w Wadowicach jest zakład karny. Szkopuł w tym, że sam Kotarba nie miał oporów przed rozwieszaniem banerów wyborczych na płotach z drutem kolczastym wyglądającym dokładnie tak, jak „więzienne ogrodzenie”. Sobie jednak procesów wyborczych nie wytoczył.  

Wreszcie, tylko opozycyjny radny Klinowski został pozwany przez Kotarbę za rozwieszanie plakatów pikiety. A przecież rozwieszało je wiele osób, o czym Kotarba doskonale wiedział. Do autorstwa plakatu, chyba w ramach żartu, przyznał się nawet Edward Wyroba, który również chciał być przez Kotarbę pozwany. Pozwu się nie doczekał. Dziennikarka Gazety Krakowskiej zapytała kandydata o tę niekonsekwencję. 

Gazeta Krakowska „Radni starli się na megafony” z 30 września 2011 r.

Ten udzielił zaskakującej odpowiedzi, którą Gazeta Krakowska przedrukowała – Klinowski był jedynym pozwanym, ponieważ osoby, które wzięły udział w pikiecie nie są [Kotarbie] za bardzo znane”. Problem w tym, że to bezczelne kłamstwo stoi w sprzeczności nawet ze słowami wypowiedzianymi osobiście przez Kotarbę do uczestników demonstracji 23 września pod wadowickim magistratem. Wtedy to kandydat przygnał z krakowskiego sądu (gdzie nie stawił się Klinowski) i podpierając się swoim politycznym asystentem prowadził słynny „dialog” z wyborcami. Była to zresztą jego jedyna publiczna wypowiedź w okresie kampanii wyborczej i składała się głównie z tego, z czego Kotarba w polityce lokalnej słynie – gróźb. I tak, legalna demonstracja okazała się „niszczeniem demokracji”. Pewnie właśnie dlatego Kotarba zagroził zebranym, że „Policja was będzie tropić (…), damy sobie radę z wami (…), wszystkich was znamy”. Następnie z nazwiska wymienił dostrzeżone w tłumie osoby, zarzucając im „destrukcyjne działania”, obrazę Papieża czy wreszcie niszczenie jego banerów wyborczych. Jak widać, Kotarba nie tylko znał uczestników demonstracji, ale miał nawet dokładną wiedzę na temat ich przestępczej działalności. Wiedzę tę zdawał się także posiadać Piotr Hajnosz, który zawiadomił organy ścigania, że o zniszczenie banerów Kotarby podejrzewa Wiesława Piątkowskiego, pełnomocnika Ruchu Palikota na terenie Powiatu Wadowickiego. Podejrzenia uzasadniać miało to, że… jeden ze zniszczonych banerów znajdował się na ogrodzeniu w szkole w Jaszczurowej, zaś Piątkowski mieszka w Mucharzu! W ten oto sposób, za pomocą tego typu „mocnych dowodów”, próbowano rzucić cień podejrzenia na wyborczych konkurentów Kotarby.

Ojciec, syn i potargany banner. Domniemany sprawca czai się z tyłu. (fot. M. Bando)

Trzeci i następne procesy wyborcze

Wkrótce po wygraniu drugiego procesu wyborczego Kotarba po raz trzeci pozwał Klinowskiego w trybie wyborczym. Twierdził tym razem, że „został poniżony brzydkim zdjęciem” umieszczonym na blogu Klinowskiego, jak również, że Klinowski „dąży do poniżenia partii rządzącej” oraz uważa tę partię za mafię, a samego Kotarbę za jej przedstawiciela. Sąd Okręgowy tym razem przyznał rację Klinowskiemu, który w obronie przed Kotarbą i nadużywaniem przez niego prawa, zorganizował przed gmachem sądu demonstrację. Wytknął też Kotarbie nadużywanie prawa – zdaniem sędziego Klinowski nie powinien być pozywany w „trybie wyborczym”, bo naruszało to konstytucyjną wolność wypowiedzi i prawo do krytyki.

W czasie rozprawy Kotarba otrzymał też prezent, którego się nie spodziewał – wezwanie na kolejną rozprawę wyborczą, tym razem w roli pozwanego. Procesy wyborcze postanowili bowiem wytaczać mu kolejni kandydaci z ramienia Ruchu Palikota, którym pod UM Wadowice groził Kotarba. W ten sposób, miecz, którym walczył kandydat na posła obrócił się przeciwko niemu. Kotarba zamiast pokazywać się w ostatnim tygodniu kampanii na zaplanowanych wcześniej uroczystościach (biskupi na rynku, otwarcie nowej sali gimnastycznej), spędzał bezproduktywnie czas w sądzie. Klinowski mógł wreszcie odpocząć.

Na kolejnych procesach Kotarby też działy się ciekawe rzeczy – przede wszystkim składano fałszywe zeznania. I tak, Piotr Hajnosz znów fałszywie oskarżał. Przed sądem zeznawał, że uczestnicy demonstracji zachowywali się agresywnie i… go opluli. Niestety, nie uwieczniła tego żadna z kamer filmujących zdarzenie. Kotarba płaczliwym tonem wyjaśniał, dlaczego groził i pomawiał zgromadzonych – demonstracja miała być niezwykle agresywna, poprzedzona niszczeniem jego banerów wyborczych. To spowodowało, że stracił nad sobą kontrolę, poniosły go nerwy, bo musiał się bronić. Zniszczone banery Kotarba przyniósł ze sobą na salę, rozkładał w czasie procesu przed sędzią. Niestety, sądy dwukrotnie, dzień po dniu dawały wiarę kandydatowi na posła z ramienia „partii rządzącej” i wydawały korzystne dla niego wyroki. Ich treść była kuriozalna.

A że Kotarba znów łgał przed sądem, nie ma wątpliwości. W 7 minucie i 50 sekundzie filmu dokumentującego wystąpienie Kotarby opisuje on demonstrację jako… nie robiącą na nim większego znaczenia: „trochę pokrzyczeli… i się rozeszli”. Jak widać, demonstracja wydała się Kotarbie agresywna dopiero na sali sądowej. 

Kotarba potargany przez nieznanych sprawców na kolczastym drucie.

Przyszłość Kotarby

Sądowa epopeja Kotarby mogła na początku wydawać się majstersztykiem. W efekcie, okazała się jednak drogą do porażki. Pozywając trzykrotnie Klinowskiego Kotarba udowodnił, że unikalny projekt POSEŁ PRZYJACIEL nie zostanie zrealizowany według obietnic z ulotek. W opinii publicznej zamiast przyjaciela z sumiastym wąsem powstał obraz despoty bez honoru, kłamiącego publicznie i przed sądem, aby osiągnąć doraźne, polityczne korzyści. Do tego, dzięki procesom wyborczym, żałośnie-humorystyczne wystąpienia Kotarby znalazły się w lokalnych newsach. Klasykiem stały się jego radiowe żale, w których oskarżał krytykujących go mieszkańców Wadowic o wykorzystywanie śmierci matki. Nawet ją „rozmienił więc na drobne”. 

Zamiast prowadzić agitację, Kotarba straszył wyborców megafonem trzymanym w dłoni fanatycznego podopiecznego (Piotr Hajnosz w nagrodę za wierną służbę, kłamstwa przed sądem i Policją został zatrudniony w UM Wadowice). Ciągle o swoje porażki oskarżał „przeciwników”, demaskował  zawiązywane przeciw niemu spiski. Ocknął się dopiero w wyborczy wieczór, kiedy pierwsze wyniki spływające z komisji wyborczych wskazały na blamaż. Blamaż był tym większy, że jedynie z racji posiadania odpowiedniego nazwiska, startujący z ostatniego miejsca listy PiS Filip Kaczyński zdobył prawie dwukrotnie więcej głosów niż jego przełożony z urzędu. W ten sposób figurant otarł się o Sejm, gdy wielki gracz z ambicjami skończył z niczym.

Dziś Kotarba to polityk skompromitowany. Przyłapany na licznych kłamstwach czy wręcz przestępstwach (patrz: Kocicho grasował w Kalwarii), opisany na wszystkie możliwe sposoby w lokalnych mediach, skatalogowany jako okaz miejscowej fauny pod gatunkową nazwą „Kocicho”, zgolił wąsy i schował się w cień. Podobno w Platformie od dawna myślą, jak pozbyć się go ze struktur bez większego rozgłosu. Dopóki jednak Kotarba przewodzi powiatowej PO, wciąż będzie się pojawiał na listach wyborczych do samorządu na wysokich miejscach i będzie wybierany przez tych wyborców, którzy jeszcze o nim nie słyszeli. Dlatego przypominamy jego postać i dokonania. Kolejne wybory przecież już niebawem.

W tekście wykorzystano zdjęcia, wyroki sądowe, pisma procesowe przysyłane bądź publikowane na przestrzeni czasu przez bohaterów tamtych wydarzeń.