Ile kosztują rządy Ewy Filipiak?

Udana rewitalizacja rynku w Wadowicach

Dwie dekady nieudolnych rządów “papieskiej burmistrz” mają też swój finansowy wymiar, który postanowił podsumować jeden z naszych czytelników. Oto kolejny nadesłany do nas tekst.

Do stałego repertuaru gminnych przechwałek należą opowieści o gospodarności wadowickiej burmistrz. Ewa Filipiak w propagandzie jej rzecznika rysuje się niczym Edward Gierek – “dobry gospodarz” czy raczej “gospodyni”. Efekty jej rządów są jednak dla gospodarki miasta równie opłakane, co następstwa “dekady Gierka”.

Upadek gospodarczy Wadowic jest faktem

Wadowice są miastem turystycznym. Oprócz dumy, że tutaj urodził się i mieszkał wybitny Polak, Karol Wojtyła, wadowiczanie po cichu liczyli, że obecność tysięcy pielgrzymów da im miejsca pracy, a miastu zapewni rozwój. Stało się inaczej. Rządzący nie wykorzystali szansy i zmarnowali ją, sami przy okazji dochodząc do sporych fortun. Nieprzemyślany remont rynku połączony z przebudową muzeum, do tego wykonywany w czasie, kiedy po śmierci JPII zainteresowanie miastem się zmniejszyło, skutkuje dzisiaj katastrofalnym spadkiem liczby turystów, co oczywiście godzi w tych drobnych przedsiębiorców, którzy żyją z turystyki. Inne gałęzie gospodarki miasta przez 20 lat zaniedbano.

Z Wadowic uciekli potencjalni inwestorzy, co zauważają wszyscy, z wyjątkiem samej Ewy Filipiak, odpowiedzialnej za ten stan. Ta potrafi nawet powiedzieć, że Wadowice nie potrzebują żadnych ułatwień dla przedsiębiorczości. Nieliczne lokalne media, które jeszcze nie są uzależnione od pieniędzy Filipiak i jej układu, piszą otwarcie o zapaści gospodarczej miasta, likwidacji wielu sklepów, zamykaniu się barów, kawiarni i restauracji. Dobrze mają się tylko ci, których zaliczyć można do kręgu burmistrz – z właścicielem jednej z restauracji na czele, który dzierżawi od Gminy w centrum miasta grunt po mocno zaniżonych cenach.

Pod rządami burmistrz marka, jaką są Wadowice, nie obrodziła inwestycjami – wręcz przeciwnie, upadło kilka liczących się zakładów, powiększając i tak znaczne (jak na wadowickie możliwości) bezrobocie. Dziś w całym powiecie pracy nie ma ok. 7 tys. ludzi. Odwrócenie trendów spadkowych w gospodarce miasta, potwierdzonych słabym miejscem zajmowanym przez Wadowice w rankingach gmin, będzie wymagało ogromnych nakładów pracy i przede wszystkim fachowców – w miejsce krewnych i znajomych, którymi obsadzono samorządowe instytucje, tworząc układ niemal mafijny. Rodziny i znajomi siedzą wszędzie – zaczynając od urzędu miejskiego, na sądach, urzędzie skarbowym i prokuraturze kończąc.

Nie będzie łatwo wrócić do liczby turystów odwiedzających miasto jeszcze cztery lata temu. Do turystyki, która miała być tutaj wiodącą dziedziną gospodarki, dziś miasto dopłaca. Tak się dzieje, kiedy ekonomiczne nieuctwo miesza się z polityką – a przecież turystyką zajmuje się w urzędzie miasta obsadzony przez krewnych i klientelę polityczną wydział promocji, kosztujący setki tysięcy więcej, niż poprzednia informacja turystyczna. Tę zlikwidowano, żeby burmistrz mogła zatrudnić znajomych.

Czytaj: Informacja turystyczna, czyli ustawiony konkurs

Zamiast obiecywanego Eldorado dostajemy puste slogany i okrągłą buźkę radnego Krzysztofa Salachny, właściwie właściwie pracownika gminy (wbrew prawu!). To również on odpowiada za pozyskiwanie środków unijnych – w znacznej mierze głównie na swoją pensję i propagandowe imprezy rozrywkowe.

Gmina prowadzi działalność gospodarczą?

Jaskrawym przykładem gospodarczej patologii są losy wadowickich parkingów. Przez wiele lat gmina oddawała je w dzierżawę organizując przetargi, a prowadzący je przedsiębiorcy wpłacali do kasy miasta ponad 600 tys. zł rocznie. Taka kwota wystarczy, aby np. opłacić obiady uczniom wadowickich szkół podstawowych, czy wybudować kilka kilometrów chodników i dróg. Jednak wbrew logice i prawu (gmina nie może prowadzić działalności gospodarczej), burmistrz postanowiła prowadzić parkingi sama. Budżet miasta na tym… stracił.

Radny Mateusz Klinowski złożył w tej sprawie interpelację i otrzymał niezwykle pokrętną odpowiedź, z której wynika, że parkingi prowadzą pracownicy komunalni, którzy je jedynie “obsługują”. Czyli co? Gmina nie czerpie z parkingów dochodów, co jest cechą działalności gospodarczej? Co ciekawe, do zadań owych pracowników należy także „ręczne oczyszczanie miasta”. Można to zrozumieć tak, że to nie gmina prowadzi parkingi, lecz pracownicy gminni, którzy sprzątając miasto „czyszczą” także przy okazji kasę gminy. Tak czy owak skutki tego „czyszczenia” są dla budżetu gminy opłakane.

Od 1.12.2011 do 31.08.2012 gmina straciła około 250.000 zł netto! Taka jest mniej więcej różnica między czynszami, które płacili dzierżawcy z przetargów, a kwotami które wypracowują pracownicy zatrudnieni przez ratusz. I to nie koniec. W przypadku dzierżawy koszt utrzymania „parkingowych” ponosili dzierżawcy. Teraz pensje i ZUS płaciła gmina. Przy założeniu, że parkingi obsługiwało siedmiu parkingowych za najniższą krajową to strata gminy powiększa się za w/w okres o 138.000 tys. zł. Sumując powyższe kwoty, straty gminy wynoszą minimum 388.000 zł i to tylko za kilka miesięcy! To naprawdę niemało, a mówimy tylko o parkingach. Gdzie tam inne sektory gospodarki miasta.

By zamknąć gębę ewentualnym krytykom, burmistrz robi prezent zamożniejszej części Wadowiczan i obniża cenę za godzinę parkowania z 3 do 2 zł. Kto upoważnił ją do takich gestów? Możemy jedynie domniemywać, że oprócz dość nieudolnej próby podlizania się elektoratowi, wykorzystano okazję, aby zrobić na złość parkingowej konkurencji. O tym, że samorząd nie może rywalizować z podmiotami gospodarczymi Ewa Filipiak zapomniała.

Zdumiewają też obroty parkingu na dworcu autobusowym, z którego średni dochód dzienny za wyżej wymieniony okres, wyniósł 44,16 zł netto. Kolejny parking i to samo pytanie – gdzie jest kasa, bo w sezonie dworzec był pełen autokarów turystycznych? Równie nierentowny był „reprezentacyjny” parking nad Choczenką. Gminni pracownicy wypracowali tam za 9 miesięcy 24.156 zł, czyli … aż 90 zł dziennie! Przyjmując, że pracowało tam 2 parkingowych, łatwo policzyć, że nie zarobili na siebie. Poprzedni dzierżawca płacił 5.150 zł netto miesięcznie, a wiec za 9 miesięcy gmina otrzymałaby 46.350 zł. Różnice nawet dla pierwszoklasisty są ewidentne.

Domyślam się, że w kalkulacjach burmistrza nie o arytmetykę, ale o politykę chodzi. Tylko gdzie jest gminna księgowa, której nie ruszają tak znaczne ubytki? Czy taka ewidentna niegospodarność nie powinna też stać się przedmiotem zainteresowania Prokuratury? Gdzie są owi obrońcy prawa tak chętni do ścigania Bolesława Kota czy innych mieszkańców ujawniających przestępstwa urzędników?

Powyższe fakty podaję pod rozwagę wszystkim, którzy ciągle wierzą w dobre intencje i gospodarność włodarzy naszego miasta. Mam nadzieje, że przy wyborach będą pamiętać, ile nas kosztuje “widzi mi się” Ewy Filipiak, która przez prawie 20 lat swoich rządów doprowadziła nasze miasto do ruiny.

Autor: ?